Wielka przyjaźń małych ludzi

Wielka przyjaźń małych ludzi

Moja najmłodsza wnuczka już poszła do pierwszej klasy. O tym by sześciolatka stała się uczennicą zadecydowało kilka czynników. Po pierwsze jest dobrze rozwinięta , zna literki i bez problemu składa je w wyrazy, a matematyka to talent dziedziczny ( babcia musi się pochwalić), a po drugie koleżanki z przedszkola , a równocześnie mieszkanki tej samej ulicy też naukę rozpoczęły. Nierozłączki trafiły do jednej klasy, wszystkie w wieku sześciu  lat i jak mi wiadomo wszystkie bardzo zadowolone z nowego środowiska.                         Taka decyzja rodziców też ma słabe strony.  Córka i zięć pracują i nie zawsze są w stanie odebrać Olę ze szkoły zaraz po skończonych lekcjach. Wyjściem jest pozostawienie dziecka w świetlicy, ale jak się okazuje , rodzice odbierają swoje pociechy wcześniej i są dni, kiedy wnusia ze łzami w oczach oczekiwała na mamę.                                     Problem rozwiązały przyjaciółki. Poprosiły rodziców, by  mogły razem z Olą uczestniczyć w zajęciach świetlicowych, rodzice stosowne pisma do szkoły zanieśli i teraz dzieci razem się bawią i razem ze szkoły wychodzą. Przyjaźń to olbrzymi skarb.

Wspomnienia

Wspomnienia

 

Mam za sobą 36 lat pracy zawodowej i nie ma się co dziwić, że obrazy z kształcenia i wychowywania młodych pokoleń powracają przed oczy jak bumerang. Były tam sytuacje wesołe i smutne, poważne i radosne, a często nieprzewidywalne. O niektórych zdarzeniach chętnie bym opowiedziała, ale dotyczą one prywatności wówczas młodych ludzi, zatem na to pozwolić sobie nie mogę, pomimo, że byłby to ciekawy materiał do przekazania.

Na inne wspomnienia mogę sobie publicznie pozwolić.

Pewnego dnia idę deptakiem w moim mieście i idzie na wprost mnie mój uczeń z piątej kasy , maturalnej. Spojrzał na mnie i ani be, ani me. Tyle lat człowiek kultury uczy, a on nie wie, że wypada dzień dobry powiedzieć.                                     Za godzinę może dwie jestem w szkole, zaczynam lekcję w jego klasie i zastanawiam się, czy zwrócić mu uwagę. Chłopak uśmiechnięty,  bierze udział w dyskusji, zachowuje się tak jakby nie miał sobie nic do zarzucenia, a przecież pamiętam , że przed chwilą spojrzał mi w oczy i o przywitaniu nie pomyślał.                                                                                         Decyzja zapadła. Przecież to ostatni dzwonek, by dorosłego człowieka upomnieć i o dobrych obyczajach wiedzę pogłębić. – Jesteś już dorosłym człowiekiem i nie wiem czy jest sens zwracać ci uwagę, nie mniej jednak chcę podkreślić, że do dobrego tonu należy powiedzieć dzień dobry nauczycielowi, którego spotykasz na ulicy. Upominam cię nie dlatego, że bardzo mi zależy na twoim ukłonie, ale dlatego, że pewne lekcje kultury z tej szkoły uczniowie wynoszą.                     Chłopak spojrzał na mnie z nieudawanym zdziwieniem i zapytał kiedy to się stało, bo nic takiego sobie nie przypomina.                                                                                    -No jak to kiedy,  przed godziną mijałeś mnie na deptaku-odpowiedziałam.                                                                        Klasa ryknęła śmiechem. Przed godziną on był na innej lekcji w szkole razem z nami – chórem zawołali uczniowie.                                                         Nie dam się przekonać, przecież nikt mi nie wmówi, że sobie coś ubzdurałam, bo umysł mój pracował zupełnie normalnie.    -No tak, ale on ma brata bliźniaka i na pewno jego pani spotkała, a nasz kolega cały czas był w szkole i siedział z nami w klasie na lekcji.                                                                                  Jak dobrze, że sprawa się wyjaśniła, bo czułam się tak, jakby pięcioletnie wychowanie młodego człowieka na nic się nie przydało.

Ech Zycie!

Ech życie!

 

Bombardują mnie wspomnienia minionych lat. Te przyjemne chwile i te bardzo przykre, te moje, nasze i te naszych znajomych , bliskich. Wracam nie tylko ja do przeszłości, ale dostrzegam również powrót do wspomnień naszych rówieśników.

Niedawne spotkanie naszych przyjaciół przy kawie obfitowało w takie niecodzienne wspominki.

- Czy pamiętasz naszego kolegę z pracy Stasia? – zapytał małżonek.

Wiedziałam od razu jaki temat będzie omawiany, pomimo, że wszyscy byliśmy dokładnie w to wtajemniczeni i pomimo, że to nie pierwszy raz historia będzie maglowana.

Stasiu , pierwszy sekretarz partii, był znany z jego społecznej działalności. On musiał coś robić. Uczestniczył  we wszelkich możliwych zebraniach partyjnych, strażackich  i jeszcze innych wszelkiej maści, rozwieszał plakaty, wszelkie pochody, składanie kwiatów pod pomnikami, zebrania, to jego żywioł. Alkohol, to  następny temat do rozpisania, bo to towarzyszyło mu przy każdej możliwej okazji. W pracy , oprócz pijaństwa, to nie słyszałam o nim nic za, ani nic przeciw. Przeciętniak. Miał trzech synów i żonę i  stamtąd też żadne wieści nie docierały. Domyślałam się jedynie,  że jeżeli udziela się wszędzie gdzie się tylko da, byle działać, to za dużo czasu rodzinie nie poświęca. Wszelkie obowiązki spadały na żonę.

Pewnego razu dostał do pracy wiadomość, że mur się przewrócił i przygniótł jego syna. Nie było problemu z zorganizowaniem za niego zastępstwa  i tatuś natychmiast udał się na miejsce wypadku. Wrócił po czterech godzinach oznajmiając, że stała się tragedia. Syn nie żyje i pozostał do końca swojej zmiany, pomimo, że jego obecność nie była konieczna.

Wokół dużo się dzieje

Wokół dużo się dzieje

Zajęcia domowe nie za bardzo pozwalają mi na aktywną obecność na blogu. Nie mniej jednak ciągle mam nadzieje, że uzupełnię braki w pisaniu. Dużo zmienia się w moim życiu i zmiany zachodzą również u moich znajomych. Niestety, tak jak to w tym wieku bywa, żegnamy na zawsze wiele osób z otoczenia, do czego nigdy nie przyzwyczaję się. Nie zaakceptuję, chociaż w tej dziedzinie nie mam nic do powiedzenia.                                                                                                        Dzisiaj mam ochotę zająć się innym tematem i przedstawić świat mojej bardzo bliskiej przyjaciółki. Znamy się od podszewki. Znam jej rodzinę i stosunki panujące w niej. Nie potrafi pogodzić się ona z faktem ( zupełnie ją rozumiem), że jej ślubny godzinami siedzi w internecie, wyszukuje młode dziewczyny i uwodzi. Tak jest już od kilku lat. Ten starzec po siedemdziesiątce, niski, łysy z wyrazistym brzuszkiem, robi zdjęcia młodym przystojnym chłopakom i wysyła jej w świat, przedstawiając jako swoją podobiznę. Następnie z umiejętnością „Tulipana” nawiązuje rozmowy rozkochując naiwne dziewczęta w sobie. Kolejny krok to godzinne rozmowy z wyłowionymi w sieci i obustronne wyznania miłosne. Codzienne telefony, sms-y , wierszyki, piosenki i upojne przeżycia,  w które najwyraźniej angażuje się obleśny starzec. Chwali się przy tym zdjęciami toples swoich wybranek, wzdychaniami o północy lub nad ranem i nadzieją na spotkanie z księciem. Zrozpaczony swoim wiekiem, jakby miał nadzieję, że któraś kiedyś różnicę lat zaakceptuje, ciągnie znajomości jak długo się da. Co inteligentniejsze lub takie, które nie mają tajemnic przed rodziną, potrafią rozszyfrować, że coś jest nie tak. Jednej nawet udało się to w stu procentach. Drobne szczegóły doprowadziły do odkrycia tajemnicy. No bo przecież nie można kłamać w całości. W tajemnicy musi pozostać wiek, miejscowość i jeszcze kilka drobnych spraw. Resztę , by się nie zgubić, trzeba przedstawiać prawdziwie. Kiedy dziewczę odkryło tajemnicę po kilku miesiącach obustronnych miłosnych wyznań, wyzwało dziada, odgrażając się policją. Nawet dotarło do  jego zdjęcia w internecie i zobaczyło, kto naprawdę o jej względy walczy. Pozostały tylko romantyczne piosenki, do których ciągle z utęsknieniem powraca porzucony kochanek. Przy kolejnych łowach tych błędów już nie popełnia i z jeszcze większą mistrzowską precyzją gra na uczuciach kolejnych dziewcząt. Muszę przyznać, że do tego jest stworzony. A dlaczego poruszyłam u siebie ten temat? Ot po prostu, w celu ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem jakie niesie każdy wynalazek stworzony przez człowieka. I jeszcze jedna uwaga. Małżonka twierdzi,  że czuje się jak  opluta, zdradzona i sponiewierana, ale niestety, tej kości psu nie da się odebrać. A ja przyznaję jej rację.

Ja nie mam na nic czasu

Ja nie mam na nic czasu

Zaniedbałam pisanie blogowe i nie wiem jak to się dzieje, że coraz mniej mam czasu dla siebie. Mój świat krąży wokół wnuków, no bo są dni, kiedy zawożę do szkoły , w inne przywożę, gotuję szybko obiad, by dzieciaki miały coś ciepłego, pomimo, że Marcin (ośmiolatek) jest takim niejadkiem, jakiego świat  jeszcze nie stworzył. Pilnuję również , by ten Maluch lekcje odrobił, by kiedy córka przyjdzie z pracy, miała część obowiązków za sobą.

Starszy, Bartek już jest w pierwszej klasie gimnazjum. W ubiegłym roku troszkę siedziałam nad wyszukiwaniem dla niego zadań , szykując go tym sposobem do zawodów matematycznych. Zdolności, doskonała nauczycielka i dodatkowo moja pomoc , przyniosły wspaniałe rezultaty. Trójka uczniów jego klasy zajęła pierwsze miejsce pracując w grupie i na dodatek, każdy rozwiązał bezbłędnie zadania indywidualnie. Na dwanaście klas szóstych, tylko oni wykonali wszystko w 100%. Dyplom za pierwsze miejsce indywidualnie i grupowo cieszył mnie jak dzieciaka, a rezultaty daje się dostrzec teraz w gimnazjum. Z matematyki ma już 10 szóstek. Kiedy ostatnio pisał sprawdzian i zgubił znak minus, pani matematyczka oznajmiła, że tym razem dostanie  +5.

-Proszę mi nie wpisywać tej oceny – poprosił Bartek – bo ona obniży mi średnią z matematyki.

Oby dalej tak było.

Dlaczego ludzie milczą?

Dlaczego ludzie milczą?

Wiem dlaczego. Odczułam to na własnej skórze.

Kto śledzi moje wpisy od lat, ten wie, że dużymi siłami wybudowaliśmy w górach maleńki domek. Rodzinne strony, przepiękne tereny i duża determinacja. Cudowna chałupka stanęła i cieszy nas, że możemy wypady tam czynić.

Po sąsiedztwie mieliśmy alkoholiczkę, ale bardzo uczciwą i życzliwą kobietę. Niestety wódka skróciła jej żywot. Pozostał nastoletni syn, który po jakimś czasie poznał partnerkę. Szybko zorientowałam się, że czeka go ciężki żywot. O patologii w jej rodzinie dochodziły do mnie wieści, a i sama dosyć często słyszę wykrzykiwaną łacinę z prędkością torpedy i nagłośnieniem na całą wioskę. Niezależnie kto znajdzie się w zasięgu, może go spotkać niemiła niespodzianka. Pierwszy wstrząs przeżyłam, jak storpedowany został starzec, profesor z politechniki, który przyszedł po zwrot   500zł. Wszystko co łacina brukowa zawiera wykrzyczane w kilka sekund i wyrzucony z domu. Taki rezultat pożyczki udzielonej z litości. Staruszek zatrzymał się przy moim płocie i z ubolewaniem stwierdził, że  bardzo współczuje nam takich sąsiadów. Nie odezwałam się nic, ale ze zrozumieniem pokiwałam głową.                                                                 Później systematycznie dało się słyszeć ataki na jej męża. Tak , na męża, bo jak w na świecie pojawiło się dziecko, to ksiądz namówił na zawarcie ślubu.

Bardzo kulturalny chłopak wysłuchuje takie urągania i bluźnierstwa z godnym podziwu spokojem. Chyba rozumiem, że przy alkoholiczce nie miał nikogo i marzył o rodzinie, z której obecnie nie umie zrezygnować, tym bardziej, że kocha swojego synka.         Słyszeliśmy już ataki na matkę, na wiele młodszą siostrę, która z płaczem opuszczała ich dom.

Kiedy przyszła kolej na półtora letniego syna, zareagowałam. Nauczycielskim, stanowczym, podniesionym głosem zagroziłam, że jeżeli jeszcze raz usłyszę takie odnoszenie się do dziecka, pozbawię ją praw rodzicielskich. Od tego czasu najwyraźniej na mój widok dostaje ciarki i przynajmniej do Malucha tak już nie odnosi się. Innym nie odpuszcza.

Od tamtego czasu minęły dwa lata.

Nasz domek ma dach spadzisty na dwie strony, gdzie jedna z nich w stronę nieciekawej sąsiadki. Całość jest ogrodzona (3000m2) i nikt inny dostępu nie ma. Na początku maja uskuteczniliśmy wypad w góry.

Nigdy specjalnie z tył domu nie oglądaliśmy dachu. Tym razem małżonek zrobił szczegółowy obchód i mało nie zemdlał. Dach strzaskany kamieniami. Nowa dachówka, w danym czasie najlepsza , zakupiona za dolary w Czechach porąbana w wielu miejscach i rąbana jest dalej systematycznie, bo są stare ubytki, ale też i świeże.

Oczywiście, że zgłosiłam na policję, ale odniosłam wrażenie, że z góry nie są chętni do tego śledztwa, bo jak za  ” rękę ” nie złapiesz , to jak udowodnić? Mogłabym za nich wziąć się z innej strony, ale skrzywdzę przy okazji dziecko i ojca. Tego nie chcę.

Nie tylko profesorowi, ale i mnie patologia pokazała gdzie raki zimują i wyjaśniła dlaczego ludzie milczą i nie wtrącają się do innych, nawet w przypadkach gdy dzieciom dzieje się krzywda.

Radiestezja

Radiestezja

Kiedy pierwszy raz usłyszałam w radiu o ciekach wodnych i ich wpływie na organizm ludzki, uśmiechnęłam się pod nosem. Nie wiedziałam czy to żart, czy ktoś kogoś chce ośmieszyć. Absolutnie tych „bredni” nie przyjmowałam do wiadomości i nie wierzyłam w takie rewelacje. Z biegiem czasu coraz częściej docierało do mnie, że wiele osób  traktuje sprawę bardzo poważnie. Różdżki, wahadełka pojawiały się coraz częściej w rękach znanych i nieznanych mi osób. Ja pozostawałam sceptyczna, tym bardziej jak pewnego dnia moja znajoma przyszła mnie odwiedzić podczas grypowych dolegliwości i najwyraźniej poruszając świadomie wahadełkiem , oznajmiała o mojej chorobie, o moim mieszkaniu , ciekach i ich braku. Nawet nie pamiętam jaki werdykt wydała, bo wierzyłam w to jak we wróżby  Cyganek.

Pewnego razu (był to ostatni przed wakacjami dzień nauki w szkole), po skończonych zajęciach weszłam do sali kolegi po dziennik. Wokół niego stała grupa chłopców i o czymś żywiołowo dyskutowali. Włączyłam się zaraz do rozmowy. Właśnie jeden z uczniów, bardzo inteligentny i przodujący w nauce, przekonywał o swoich zdolnościach radiestetycznych. Twierdził, że potrafi wykryć stany chorobowe i na dowód demonstrował dynamiczne krążenie wahadełka przy sercu nauczyciela. Problemy kardiologiczne naszego kolegi były wszystkim dobrze znane i potwierdzenie tego nie było rewelacją. Jak zwykle nie wierzyłam w te sensacje. Kiedy dowiedziałam się, że nie każdy ma takie zdolności, a ja niewielkie  posiadam, postanowiłam publicznie to sprawdzić. Ciężarek o odpowiednim kształcie trzymałam na nitce przy sercu kolegi. Robiłam wszystko by moja ręka nie zadrżała, bo bardzo zależało mi na tym, by obalić mit o mocach niezbadanych. W pewnym momencie, powolutku wahadełko zaczynało wykonywać nieśmiało ruchy, zakreślając coraz większe kółko. Nie miało to takiej dynamiki jak u mojego ucznia, ale poruszało się naprawdę i naprawdę nie miałam w tym żadnego udziału. Zauważyłam, że młody radiesteta patrzył na ciężarek  jakby chciał go wzrokiem rozkołysać.

– Jak to się stało, że wahadło kręci się? – zapytałam zdziwiona. Absolutnie tego nie oczekiwałam.

- Bo ja spowodowałem , by tak się stało  – odpowiedział chłopak.

Najlepiej być nieswiadomą

Najlepiej być nieświadomą

Moja mama ma 90 lat. Co przyjeżdżam do niej, to widzę, że jest coraz słabsza. Przede wszystkim narzekała zawsze na ból nóg, a poza tym używa codziennie garść leków. Jedno co jej do tej pory nie zawodziło, to umysł. Doskonale wszystko pamiętała, bardzo logicznie myślała i bezbłędnie wyciągała wnioski. Tu jej ząb czasu nie dotykał.

Dwa tygodnie temu, mama przewróciła się. Brat, który codziennie rano ją odwiedza natchniony chyba jakimś przeczuciem, za godzinę postanowił jeszcze raz wpaść do niej. Mama leżała na podłodze. Nie potrafiła już sama się podnieść. Umiała jednak wszystko zrelacjonować bezbłędnie. Pogotowie, szpital, prześwietlenia i diagnoza – silne potłuczenie. Od tego czasu już nie wstaje i nie wstanie. Wygląda okropnie. Traci również świadomość. Chwilami rozmawia normalnie, ale częściej zupełne nie wie co się z nią dzieje. Przywołuje bardzo wiele osób, których już dawno nie ma na tym świecie. Pyta, czy dach jest remontowany, czy truskawki już kwitną. Mówi, że będziemy mieli dużo pracy z obieraniem tych grzybów, które nazbieraliśmy i masa innych nonsensów.

Moja siostra, przerażona, uświadomiła sobie, że mogą to być ostatnie godziny mamy na tym świecie. Znając jej religijność, postanowiła wezwać księdza z ostatnim namaszczeniem. Nie wiem czy świadomość takiej misji duchownego, nie dobija człowieka zupełnie.Mnie by dobiła.

Ksiądz się pojawił. W pierwszej wersji myślała, że to jest jej zięć (mój małżonek), ale brat wyjaśnił, że ksiądz przyszedł ją odwiedzić. Nie wiem jak przebiegało spotkanie, ale wiem, że po odejściu, gdy brat ponownie wyjaśnił, że to był ksiądz stwierdziła, że gdyby wiedziała, inaczej by prowadziła rozmowę. Na zakończenie dodała: „Ale sąsiadki będą mi zazdrościły, że mnie ksiądz odwiedził”

Tajemnica snów

Tajemnica  snów

 

Szczerze mówiąc, to dla mnie wszystko jest tajemnicą. To że istnieję, że mówię, słyszę, czuję i miliony innych rzeczy. Najmądrzejsza  myśl filozoficzna to: wiem, że nic nie wiem. Nie znaczy jednak, że nie myślę i nie chciałabym wiele tajemnic poznać.

Tajemnica snów jest wielkim znakiem zapytania dla dużej rzeszy naukowców.

Dla mnie, niektóre moje sny budzą duże zdziwienie. Dosyć często jestem w nich wśród aktorów, polityków, piosenkarzy, artystów, a dwukrotnie sam Papież Jan Paweł II rozmawiał ze mną , niczym najbliższa mi osoba. Prasowałam mu biały sweter i zauważyłam, że tak bardzo biały on nie był. Czułam się winna, ale papież łagodnym głosem uspokoił mnie, stwierdzając, że to nic nie szkodzi. Właśnie w każdym z tych snów czuję się jakbym rozmawiała z kimś bardzo bliskim, przyjacielem, kolegą czy koleżanką. Nie czuję żadnego dystansu. Po obudzeniu się , po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że ja żadnej z tych osób nie znam osobiście,a przed chwilą byli mi najbliższymi, życzliwymi postaciami.  Zdarzają  się często sny, w których przewija się ciągle ta sama osoba, a nigdy nie śnią się te, o których często myślę, wspominam, bo od dawna nie ma ich z nami. Nie mniej jednak,  szczególne zastanowienie  wywołały  chyba ze cztery przypadki. Jeden z nich spróbuję dzisiaj opisać.

Urodziłam się i wychowałam w małym miasteczku w górach. Tam też chodziłam do szkoły podstawowej. Twarze niemal wszystkich dzieci ze szkoły były mi dobrze znane, szczególnie te z klas starszych. Po skończeniu szkoły podstawowej dojeżdżałam pociągiem do szkoły średniej i tu otoczenie znacznie się zmieniło. Duża część kontynuowała naukę w zawodówce i nie musiała nigdzie dojeżdżać, zatem praktycznie kontakt z takimi osobami urwał się zupełnie. Mój dom był od centrum znacznie oddalony i bardzo rzadko bywałam w mieście. Później studia i wyjazd z małżonkiem na odległość dwustu kilometrów. Do domu rodzinnego przyjeżdżałam, ale małe dzieci nie pozwalały na częste wypady, a już bardzo rzadko bywałam „na mieście”.                          Pewnego razu przyjechałam do rodziców z dzieciaczkami. W nocy śni mi się chłopak (bardzo brzydki) ze szkoły podstawowej, z którym nigdy nie wymieniłam ani jednego słowa. Po obudzeniu się, aż usiadłam na łóżku, bo uświadomiłam sobie, że nigdy nie przypomniałoby mi się, że kiedyś go znałam. Chyba ostatni raz go widziałam wiele lat wstecz na podwórku szkoły podstawowej i na tym koniec. Tymczasem śni mi się ktoś kogo nigdy później nie spotkałam, nie pamiętałam i nie przypomniałabym sobie o jego istnieniu.                                                                                                            Tego samego dnia z jakiegoś powodu wybrałam się do miasta. Idę chodnikiem i widzę, że na wprost mnie idzie chłopak ze snu. Niewiele się zmienił. Niemal zdębiałam zatrzymując się na moment. On przeszedł obok mnie nie patrząc w moją stronę, no bo znał mnie chyba mniej, niż przeciętnego mieszkańca. Przecież on tam mieszkał, a mnie tam dawno nie było.