Ech Zycie!

Ech życie!

 

Bombardują mnie wspomnienia minionych lat. Te przyjemne chwile i te bardzo przykre, te moje, nasze i te naszych znajomych , bliskich. Wracam nie tylko ja do przeszłości, ale dostrzegam również powrót do wspomnień naszych rówieśników.

Niedawne spotkanie naszych przyjaciół przy kawie obfitowało w takie niecodzienne wspominki.

- Czy pamiętasz naszego kolegę z pracy Stasia? – zapytał małżonek.

Wiedziałam od razu jaki temat będzie omawiany, pomimo, że wszyscy byliśmy dokładnie w to wtajemniczeni i pomimo, że to nie pierwszy raz historia będzie maglowana.

Stasiu , pierwszy sekretarz partii, był znany z jego społecznej działalności. On musiał coś robić. Uczestniczył  we wszelkich możliwych zebraniach partyjnych, strażackich  i jeszcze innych wszelkiej maści, rozwieszał plakaty, wszelkie pochody, składanie kwiatów pod pomnikami, zebrania, to jego żywioł. Alkohol, to  następny temat do rozpisania, bo to towarzyszyło mu przy każdej możliwej okazji. W pracy , oprócz pijaństwa, to nie słyszałam o nim nic za, ani nic przeciw. Przeciętniak. Miał trzech synów i żonę i  stamtąd też żadne wieści nie docierały. Domyślałam się jedynie,  że jeżeli udziela się wszędzie gdzie się tylko da, byle działać, to za dużo czasu rodzinie nie poświęca. Wszelkie obowiązki spadały na żonę.

Pewnego razu dostał do pracy wiadomość, że mur się przewrócił i przygniótł jego syna. Nie było problemu z zorganizowaniem za niego zastępstwa  i tatuś natychmiast udał się na miejsce wypadku. Wrócił po czterech godzinach oznajmiając, że stała się tragedia. Syn nie żyje i pozostał do końca swojej zmiany, pomimo, że jego obecność nie była konieczna.

Wokół dużo się dzieje

Wokół dużo się dzieje

Zajęcia domowe nie za bardzo pozwalają mi na aktywną obecność na blogu. Nie mniej jednak ciągle mam nadzieje, że uzupełnię braki w pisaniu. Dużo zmienia się w moim życiu i zmiany zachodzą również u moich znajomych. Niestety, tak jak to w tym wieku bywa, żegnamy na zawsze wiele osób z otoczenia, do czego nigdy nie przyzwyczaję się. Nie zaakceptuję, chociaż w tej dziedzinie nie mam nic do powiedzenia.                                                                                                        Dzisiaj mam ochotę zająć się innym tematem i przedstawić świat mojej bardzo bliskiej przyjaciółki. Znamy się od podszewki. Znam jej rodzinę i stosunki panujące w niej. Nie potrafi pogodzić się ona z faktem ( zupełnie ją rozumiem), że jej ślubny godzinami siedzi w internecie, wyszukuje młode dziewczyny i uwodzi. Tak jest już od kilku lat. Ten starzec po siedemdziesiątce, niski, łysy z wyrazistym brzuszkiem, robi zdjęcia młodym przystojnym chłopakom i wysyła jej w świat, przedstawiając jako swoją podobiznę. Następnie z umiejętnością „Tulipana” nawiązuje rozmowy rozkochując naiwne dziewczęta w sobie. Kolejny krok to godzinne rozmowy z wyłowionymi w sieci i obustronne wyznania miłosne. Codzienne telefony, sms-y , wierszyki, piosenki i upojne przeżycia,  w które najwyraźniej angażuje się obleśny starzec. Chwali się przy tym zdjęciami toples swoich wybranek, wzdychaniami o północy lub nad ranem i nadzieją na spotkanie z księciem. Zrozpaczony swoim wiekiem, jakby miał nadzieję, że któraś kiedyś różnicę lat zaakceptuje, ciągnie znajomości jak długo się da. Co inteligentniejsze lub takie, które nie mają tajemnic przed rodziną, potrafią rozszyfrować, że coś jest nie tak. Jednej nawet udało się to w stu procentach. Drobne szczegóły doprowadziły do odkrycia tajemnicy. No bo przecież nie można kłamać w całości. W tajemnicy musi pozostać wiek, miejscowość i jeszcze kilka drobnych spraw. Resztę , by się nie zgubić, trzeba przedstawiać prawdziwie. Kiedy dziewczę odkryło tajemnicę po kilku miesiącach obustronnych miłosnych wyznań, wyzwało dziada, odgrażając się policją. Nawet dotarło do  jego zdjęcia w internecie i zobaczyło, kto naprawdę o jej względy walczy. Pozostały tylko romantyczne piosenki, do których ciągle z utęsknieniem powraca porzucony kochanek. Przy kolejnych łowach tych błędów już nie popełnia i z jeszcze większą mistrzowską precyzją gra na uczuciach kolejnych dziewcząt. Muszę przyznać, że do tego jest stworzony. A dlaczego poruszyłam u siebie ten temat? Ot po prostu, w celu ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem jakie niesie każdy wynalazek stworzony przez człowieka. I jeszcze jedna uwaga. Małżonka twierdzi,  że czuje się jak  opluta, zdradzona i sponiewierana, ale niestety, tej kości psu nie da się odebrać. A ja przyznaję jej rację.

Ja nie mam na nic czasu

Ja nie mam na nic czasu

Zaniedbałam pisanie blogowe i nie wiem jak to się dzieje, że coraz mniej mam czasu dla siebie. Mój świat krąży wokół wnuków, no bo są dni, kiedy zawożę do szkoły , w inne przywożę, gotuję szybko obiad, by dzieciaki miały coś ciepłego, pomimo, że Marcin (ośmiolatek) jest takim niejadkiem, jakiego świat  jeszcze nie stworzył. Pilnuję również , by ten Maluch lekcje odrobił, by kiedy córka przyjdzie z pracy, miała część obowiązków za sobą.

Starszy, Bartek już jest w pierwszej klasie gimnazjum. W ubiegłym roku troszkę siedziałam nad wyszukiwaniem dla niego zadań , szykując go tym sposobem do zawodów matematycznych. Zdolności, doskonała nauczycielka i dodatkowo moja pomoc , przyniosły wspaniałe rezultaty. Trójka uczniów jego klasy zajęła pierwsze miejsce pracując w grupie i na dodatek, każdy rozwiązał bezbłędnie zadania indywidualnie. Na dwanaście klas szóstych, tylko oni wykonali wszystko w 100%. Dyplom za pierwsze miejsce indywidualnie i grupowo cieszył mnie jak dzieciaka, a rezultaty daje się dostrzec teraz w gimnazjum. Z matematyki ma już 10 szóstek. Kiedy ostatnio pisał sprawdzian i zgubił znak minus, pani matematyczka oznajmiła, że tym razem dostanie  +5.

-Proszę mi nie wpisywać tej oceny – poprosił Bartek – bo ona obniży mi średnią z matematyki.

Oby dalej tak było.

Dlaczego ludzie milczą?

Dlaczego ludzie milczą?

Wiem dlaczego. Odczułam to na własnej skórze.

Kto śledzi moje wpisy od lat, ten wie, że dużymi siłami wybudowaliśmy w górach maleńki domek. Rodzinne strony, przepiękne tereny i duża determinacja. Cudowna chałupka stanęła i cieszy nas, że możemy wypady tam czynić.

Po sąsiedztwie mieliśmy alkoholiczkę, ale bardzo uczciwą i życzliwą kobietę. Niestety wódka skróciła jej żywot. Pozostał nastoletni syn, który po jakimś czasie poznał partnerkę. Szybko zorientowałam się, że czeka go ciężki żywot. O patologii w jej rodzinie dochodziły do mnie wieści, a i sama dosyć często słyszę wykrzykiwaną łacinę z prędkością torpedy i nagłośnieniem na całą wioskę. Niezależnie kto znajdzie się w zasięgu, może go spotkać niemiła niespodzianka. Pierwszy wstrząs przeżyłam, jak storpedowany został starzec, profesor z politechniki, który przyszedł po zwrot   500zł. Wszystko co łacina brukowa zawiera wykrzyczane w kilka sekund i wyrzucony z domu. Taki rezultat pożyczki udzielonej z litości. Staruszek zatrzymał się przy moim płocie i z ubolewaniem stwierdził, że  bardzo współczuje nam takich sąsiadów. Nie odezwałam się nic, ale ze zrozumieniem pokiwałam głową.                                                                 Później systematycznie dało się słyszeć ataki na jej męża. Tak , na męża, bo jak w na świecie pojawiło się dziecko, to ksiądz namówił na zawarcie ślubu.

Bardzo kulturalny chłopak wysłuchuje takie urągania i bluźnierstwa z godnym podziwu spokojem. Chyba rozumiem, że przy alkoholiczce nie miał nikogo i marzył o rodzinie, z której obecnie nie umie zrezygnować, tym bardziej, że kocha swojego synka.         Słyszeliśmy już ataki na matkę, na wiele młodszą siostrę, która z płaczem opuszczała ich dom.

Kiedy przyszła kolej na półtora letniego syna, zareagowałam. Nauczycielskim, stanowczym, podniesionym głosem zagroziłam, że jeżeli jeszcze raz usłyszę takie odnoszenie się do dziecka, pozbawię ją praw rodzicielskich. Od tego czasu najwyraźniej na mój widok dostaje ciarki i przynajmniej do Malucha tak już nie odnosi się. Innym nie odpuszcza.

Od tamtego czasu minęły dwa lata.

Nasz domek ma dach spadzisty na dwie strony, gdzie jedna z nich w stronę nieciekawej sąsiadki. Całość jest ogrodzona (3000m2) i nikt inny dostępu nie ma. Na początku maja uskuteczniliśmy wypad w góry.

Nigdy specjalnie z tył domu nie oglądaliśmy dachu. Tym razem małżonek zrobił szczegółowy obchód i mało nie zemdlał. Dach strzaskany kamieniami. Nowa dachówka, w danym czasie najlepsza , zakupiona za dolary w Czechach porąbana w wielu miejscach i rąbana jest dalej systematycznie, bo są stare ubytki, ale też i świeże.

Oczywiście, że zgłosiłam na policję, ale odniosłam wrażenie, że z góry nie są chętni do tego śledztwa, bo jak za  ” rękę ” nie złapiesz , to jak udowodnić? Mogłabym za nich wziąć się z innej strony, ale skrzywdzę przy okazji dziecko i ojca. Tego nie chcę.

Nie tylko profesorowi, ale i mnie patologia pokazała gdzie raki zimują i wyjaśniła dlaczego ludzie milczą i nie wtrącają się do innych, nawet w przypadkach gdy dzieciom dzieje się krzywda.

Radiestezja

Radiestezja

Kiedy pierwszy raz usłyszałam w radiu o ciekach wodnych i ich wpływie na organizm ludzki, uśmiechnęłam się pod nosem. Nie wiedziałam czy to żart, czy ktoś kogoś chce ośmieszyć. Absolutnie tych „bredni” nie przyjmowałam do wiadomości i nie wierzyłam w takie rewelacje. Z biegiem czasu coraz częściej docierało do mnie, że wiele osób  traktuje sprawę bardzo poważnie. Różdżki, wahadełka pojawiały się coraz częściej w rękach znanych i nieznanych mi osób. Ja pozostawałam sceptyczna, tym bardziej jak pewnego dnia moja znajoma przyszła mnie odwiedzić podczas grypowych dolegliwości i najwyraźniej poruszając świadomie wahadełkiem , oznajmiała o mojej chorobie, o moim mieszkaniu , ciekach i ich braku. Nawet nie pamiętam jaki werdykt wydała, bo wierzyłam w to jak we wróżby  Cyganek.

Pewnego razu (był to ostatni przed wakacjami dzień nauki w szkole), po skończonych zajęciach weszłam do sali kolegi po dziennik. Wokół niego stała grupa chłopców i o czymś żywiołowo dyskutowali. Włączyłam się zaraz do rozmowy. Właśnie jeden z uczniów, bardzo inteligentny i przodujący w nauce, przekonywał o swoich zdolnościach radiestetycznych. Twierdził, że potrafi wykryć stany chorobowe i na dowód demonstrował dynamiczne krążenie wahadełka przy sercu nauczyciela. Problemy kardiologiczne naszego kolegi były wszystkim dobrze znane i potwierdzenie tego nie było rewelacją. Jak zwykle nie wierzyłam w te sensacje. Kiedy dowiedziałam się, że nie każdy ma takie zdolności, a ja niewielkie  posiadam, postanowiłam publicznie to sprawdzić. Ciężarek o odpowiednim kształcie trzymałam na nitce przy sercu kolegi. Robiłam wszystko by moja ręka nie zadrżała, bo bardzo zależało mi na tym, by obalić mit o mocach niezbadanych. W pewnym momencie, powolutku wahadełko zaczynało wykonywać nieśmiało ruchy, zakreślając coraz większe kółko. Nie miało to takiej dynamiki jak u mojego ucznia, ale poruszało się naprawdę i naprawdę nie miałam w tym żadnego udziału. Zauważyłam, że młody radiesteta patrzył na ciężarek  jakby chciał go wzrokiem rozkołysać.

– Jak to się stało, że wahadło kręci się? – zapytałam zdziwiona. Absolutnie tego nie oczekiwałam.

- Bo ja spowodowałem , by tak się stało  – odpowiedział chłopak.

Najlepiej być nieswiadomą

Najlepiej być nieświadomą

Moja mama ma 90 lat. Co przyjeżdżam do niej, to widzę, że jest coraz słabsza. Przede wszystkim narzekała zawsze na ból nóg, a poza tym używa codziennie garść leków. Jedno co jej do tej pory nie zawodziło, to umysł. Doskonale wszystko pamiętała, bardzo logicznie myślała i bezbłędnie wyciągała wnioski. Tu jej ząb czasu nie dotykał.

Dwa tygodnie temu, mama przewróciła się. Brat, który codziennie rano ją odwiedza natchniony chyba jakimś przeczuciem, za godzinę postanowił jeszcze raz wpaść do niej. Mama leżała na podłodze. Nie potrafiła już sama się podnieść. Umiała jednak wszystko zrelacjonować bezbłędnie. Pogotowie, szpital, prześwietlenia i diagnoza – silne potłuczenie. Od tego czasu już nie wstaje i nie wstanie. Wygląda okropnie. Traci również świadomość. Chwilami rozmawia normalnie, ale częściej zupełne nie wie co się z nią dzieje. Przywołuje bardzo wiele osób, których już dawno nie ma na tym świecie. Pyta, czy dach jest remontowany, czy truskawki już kwitną. Mówi, że będziemy mieli dużo pracy z obieraniem tych grzybów, które nazbieraliśmy i masa innych nonsensów.

Moja siostra, przerażona, uświadomiła sobie, że mogą to być ostatnie godziny mamy na tym świecie. Znając jej religijność, postanowiła wezwać księdza z ostatnim namaszczeniem. Nie wiem czy świadomość takiej misji duchownego, nie dobija człowieka zupełnie.Mnie by dobiła.

Ksiądz się pojawił. W pierwszej wersji myślała, że to jest jej zięć (mój małżonek), ale brat wyjaśnił, że ksiądz przyszedł ją odwiedzić. Nie wiem jak przebiegało spotkanie, ale wiem, że po odejściu, gdy brat ponownie wyjaśnił, że to był ksiądz stwierdziła, że gdyby wiedziała, inaczej by prowadziła rozmowę. Na zakończenie dodała: „Ale sąsiadki będą mi zazdrościły, że mnie ksiądz odwiedził”

Tajemnica snów

Tajemnica  snów

 

Szczerze mówiąc, to dla mnie wszystko jest tajemnicą. To że istnieję, że mówię, słyszę, czuję i miliony innych rzeczy. Najmądrzejsza  myśl filozoficzna to: wiem, że nic nie wiem. Nie znaczy jednak, że nie myślę i nie chciałabym wiele tajemnic poznać.

Tajemnica snów jest wielkim znakiem zapytania dla dużej rzeszy naukowców.

Dla mnie, niektóre moje sny budzą duże zdziwienie. Dosyć często jestem w nich wśród aktorów, polityków, piosenkarzy, artystów, a dwukrotnie sam Papież Jan Paweł II rozmawiał ze mną , niczym najbliższa mi osoba. Prasowałam mu biały sweter i zauważyłam, że tak bardzo biały on nie był. Czułam się winna, ale papież łagodnym głosem uspokoił mnie, stwierdzając, że to nic nie szkodzi. Właśnie w każdym z tych snów czuję się jakbym rozmawiała z kimś bardzo bliskim, przyjacielem, kolegą czy koleżanką. Nie czuję żadnego dystansu. Po obudzeniu się , po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że ja żadnej z tych osób nie znam osobiście,a przed chwilą byli mi najbliższymi, życzliwymi postaciami.  Zdarzają  się często sny, w których przewija się ciągle ta sama osoba, a nigdy nie śnią się te, o których często myślę, wspominam, bo od dawna nie ma ich z nami. Nie mniej jednak,  szczególne zastanowienie  wywołały  chyba ze cztery przypadki. Jeden z nich spróbuję dzisiaj opisać.

Urodziłam się i wychowałam w małym miasteczku w górach. Tam też chodziłam do szkoły podstawowej. Twarze niemal wszystkich dzieci ze szkoły były mi dobrze znane, szczególnie te z klas starszych. Po skończeniu szkoły podstawowej dojeżdżałam pociągiem do szkoły średniej i tu otoczenie znacznie się zmieniło. Duża część kontynuowała naukę w zawodówce i nie musiała nigdzie dojeżdżać, zatem praktycznie kontakt z takimi osobami urwał się zupełnie. Mój dom był od centrum znacznie oddalony i bardzo rzadko bywałam w mieście. Później studia i wyjazd z małżonkiem na odległość dwustu kilometrów. Do domu rodzinnego przyjeżdżałam, ale małe dzieci nie pozwalały na częste wypady, a już bardzo rzadko bywałam „na mieście”.                          Pewnego razu przyjechałam do rodziców z dzieciaczkami. W nocy śni mi się chłopak (bardzo brzydki) ze szkoły podstawowej, z którym nigdy nie wymieniłam ani jednego słowa. Po obudzeniu się, aż usiadłam na łóżku, bo uświadomiłam sobie, że nigdy nie przypomniałoby mi się, że kiedyś go znałam. Chyba ostatni raz go widziałam wiele lat wstecz na podwórku szkoły podstawowej i na tym koniec. Tymczasem śni mi się ktoś kogo nigdy później nie spotkałam, nie pamiętałam i nie przypomniałabym sobie o jego istnieniu.                                                                                                            Tego samego dnia z jakiegoś powodu wybrałam się do miasta. Idę chodnikiem i widzę, że na wprost mnie idzie chłopak ze snu. Niewiele się zmienił. Niemal zdębiałam zatrzymując się na moment. On przeszedł obok mnie nie patrząc w moją stronę, no bo znał mnie chyba mniej, niż przeciętnego mieszkańca. Przecież on tam mieszkał, a mnie tam dawno nie było.

Madry Polak przed szkodą

Wszystko trzeba przewidzieć

Zbliżała się ostatnia sobota i niedziela października. Meteorolodzy przewidywali piękną, słoneczną pogodę, zatem wyjazd w góry zatwierdzony został jednogłośnie. Sobota rano wyjeżdżamy. Będziemy tam do poniedziałku, a później to już jesień i zima , wspomnienia i oczekiwanie wiosny.

Lubimy jeździć samochodem, a w pogodne dni jest to szczególnie przyjemne.

Do celu dzieliło nas już tylko 30 km. Przed nami pusta droga, po drugiej stronie na jezdni zaparkowany samochód i z oddali zbliża się kolejny. Właśnie ten nadjeżdżający wtrynia się na trzeciego, nie mieści się  i uderza w lusterko naszego samochodu. Trzask tak głośny, że byłam przekonana o tym, że i samochód został uszkodzony. Małżonek natychmiast decyduje się na pogoń. Niestety nie jest to łatwe, bo musimy ustąpić pierwszeństwa dwóm pojazdom jadącym za nim i trzeciemu, który właśnie stał na poboczu i zdecydował się ruszyć. Winowajca, tymczasem, dodaje gazu  i zwiększa dystans. Małżonek jest dobrym kierowcą i z zachowaniem wszelkiej ostrożności dogania czerwony samochód , na koniec zajeżdża mu drogę.Za kierownicą siedzi kobieta w naszym wieku. Po zatrzymaniu pierwsza nas atakuje, że to my byliśmy sprawcami.

-Dlaczego pani nie zatrzymała się? -zdenerwowana pytam.

-Bo widziałam, że uciekaliście mi, a za wami dwa samochody, zatem nie miałam szans was dogonić – usłyszałam.

Czy za nami coś jechało, to nie pamiętam, ale o ucieczce nie było mowy, skoro zaraz zakręciliśmy i dogonili winowajczynię.

- To wy spowodowaliście stłuczkę i ja jestem pokrzywdzona- kontynuuje oskarżenie krzycząc na nas.

Gdyby ktoś z zewnątrz był świadkiem ostrej wymiany zdań, najprawdopodobniej stanąłby po stronie biednej kobiety. Uświadomiłam sobie, że w takim przypadku policja nie przyznałaby nam racji i jak tu domagać się zadośćuczynienia? Jednak tym razem Polak był przed szkodą mądry.

- To może my pani pokażemy jak to wyglądało, kto wcisnął się na trzeciego i kto uciekał z miejsca wypadku- chóralnie oznajmiliśmy.

Małżonek wymontował kamerkę, która skrupulatnie rejestrowała całą naszą trasę i zaczął poszukiwać odpowiedniego momentu nagrania. Ręce mu się trzęsły z nerwów, bo nie dość, że kobieta przewiniła, uciekła, to na koniec bezczelnie nam winę przypisała. Sceny uderzenia nie chciała oglądać, a my nie musieliśmy jej o niczym przekonywać. Wracaliśmy się teraz do najbliższego miasteczka gdzie owa pani najprawdopodobniej zamieszkiwała, odwiedzaliśmy kilka miejsc w celu wstawienia stłuczonego lusterka. Na koniec zastępcze nie zbyt wymiarowe tymczasowo zostało docięte. Kolejna czynność to  ustalenie ceny oryginału (sam wkład). Telefony po różnych miejscowościach i na koniec pani słyszy ile to kosztuje. Samo lusterko, które wciska się w plastikową ramkę 130zł.My dodatkowo mamy przerysowaną obudowę lusterka i lekkie ślady na bocznej szybie. O to już się nie upominamy. W międzyczasie owa pani nadaje bez składu o problemach finansowych, chorobach w rodzinie i innych kłopotach. Natomiast w chwili, gdy małżonek wspomniał coś o spotkaniu za tydzień, wykluczyła taką możliwość, bo za tydzień leci do Ameryki. Nie omieszkał Ślubny zwrócić uwagę, że to półgodzinne biadolenie nijak ma się do takiego luksusowego wylotu.

Po trzygodzinnej przerwie w podróży, zdenerwowani, że nasz krótki wypad jeszcze bardziej się skrócił, zrezygnowaliśmy z pozostałych roszczeń i udaliśmy się w dalszą podróż. Małżonek jeszcze usłyszał, że  owa pani życzy mu wszystkiego najgorszego na pozostałą część dnia, ja dodałam, że dla odmiany życzę jej spokojnego spędzania czasu i każdy pojechał w swoją stronę.

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę małżonek oznajmił mi, że całe szczęście, że nie zaglądała do nagrania, bo cała trasa jest zarejestrowana, a właśnie tego momentu uderzenia nie ma. Przeszukiwał trzykrotnie i klops.

- To niemożliwe – stwierdzam pewnie.

- Ręce mi się trzęsły, bo szczegółowo odtwarzałem końcówkę trasy i przed samym wypadkiem wszystko się urwało.

Dopiero gdy dojechaliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy się i zagospodarowali, Ślubny ponownie zaczął przeszukiwać nagranie. Okazało się, że ten inteligentny sprzęt każdy większy wstrząs automatycznie rejestruje w innym folderze. W folderze pod nazwą „Wydarzenia” i tam to właśnie było. Mogliśmy już wtedy spokojnie prześledzić wszystko jeszcze raz i pokazać naszym znajomym całe zajście.

Złośliwy piszczek

Wychodzimy z dużego marketu.Przy przejściu przez bramkę zapiszczało.Ja ze zdziwieniem patrzę na Ślubnego, a Ślubny na mnie.Natychmiast przy nas jest ochroniarz i wszystkie możliwe oczy klientów patrzą na nas.Cofamy się i przechodzimy pojedynczo.Małżonek czysty, a przy mnie piszczy.Zdenerwowana otwieram torebkę i pokazuję, że tam nic nie ma.Właściwie, to tam było wszystko co kobieta w torebce mieć musi i wcale poukładane toto nie było.Pal sześć, pokazuję.Ochroniarz widzi moje zdenerwowanie i zaskoczenie, decyduje, że mogę przechodzić.Ja , tymczasem, postanawiam udowodnić niewinność.Podaję torebkę małżonkowi i on z nią przechodzi przez bramkę. Nie piszczy.Teraz przechodzę ja.Piszczy.  Ochrona pozwala przejść, ludzie na mnie się patrzą, a ja ,mimo wszystko,postanawiam rozwiązać zagadkę.Na ochotnika godzę się rozbierać, tylko nie wiem czy nie do rosołu.Zdejmuję płaszcz, podaję Ślubnemu, Ślubny przechodzi.Nie piszczy. Przechodzę przez bramkę ja. Piszczy.Zdejmuję bezrękawnik( sweterek), podaję Ślubnemu, który przechodzi przez bramkę.Piszczy.Przechodzę ja .Nie piszczy.Zagadkę rozwiązuje jedna z pań obsługi.Obcina przy moim sweterku , zakupionym rok wcześniej w zupełnie innym sklepie,metkę.Sweterek przestał piszczeć.Publiczność spojrzała na mnie życzliwszym wzrokiem.