Starość nie radość

Starość nie radość

 

Niestety, starość niesie za sobą dużo problemów zdrowotnych i to niezależnie czyś biedny czy bogaty, ładny czy brzydki, wykształcony czy nie. Nie udało to się naszemu Stwórcy i to jest rzecz pewna.  A że ja do wyjątków nie należę to i dolegliwości mnie też sięgają. Tarczycy już nie mam, zaćma w jednym oku operowana, kości łamią od kręgosłupa począwszy. Ostatnio  padło na mój kciuk u prawej ręki. Strzela jakby na zatrzaski działał, a na dodatek ból nie pozwolił normalnie funkcjonować. Bez tarczycy  daję sobie radę, zaćmę usunięto i widzę jak za dawnych dobrych czasów, zatem czas po następny ratunek do naszych lekarzy uderzyć. Najpierw lekarz rodzinny, następnie skierowanie do ortopedy i o dziwo w jednym miejscu mogę być przyjęta w połowie stycznia, ale panie w rejestracji informują mnie, że w drugiej części miasta kolejek nie ma. Zatem zaraz jadę tam się zarejestrować. No i prawda.  W kolejnym tygodniu już wchodzę do pana doktora i wyjaśniam moją dolegliwość.                                             – Co pani jadła dzisiaj na śniadanie – słyszę pytanie i już się domyślam, że dieta jest istotna.                                                                                       — Żółty ser, chleb z masłem – odpowiadam.                                                         – No tak wiedziałem – odpowiada lekarz.                                                    — Przyczyną pani dolegliwości jest niewłaściwe odżywianie. Nie wolno żółtego sera, ziemniaków, niczego co na mące, nie wolno warzyw, ani owoców. Najgorszym owocem jest jabłko, o czym już w starożytności wiedzieli. Przecież zakazanym owocem właśnie ono było. Adam i Ewa wypędzeni z raju nie jedli jabłek i ich dzieci nie jadły, toteż żyli 900 lat. Ale ludzie tego nie przestrzegają i później chorują na raka, serce i inne dolegliwości, no i osiemdziesiątki nie osiągają. Dieta. Właściwa dieta może pani pomóc. Tu mam książkę, która kosztuje jedynie 30 zł, ale można kupić przez internet , tam z przesyłką 40 zł i  bez niej nie da sobie pani rady.                                                                                          Pytam  kilkakrotnie czy to możliwe, by żyć bez owoców i warzyw? To co ja miałam zjeść na śniadanie?                                                             - Codziennie jajka- słyszę odpowiedź. Osiem jajek smażonych na smalcu, na bekonie. Masło 80% najlepsze, a nie jakieś podróby. Olej nie jest zdrowy. Najwyżej na zimno do sałatek. Bigos tak. Żaden chleb, bułki, makarony, ziemniaki, warzywa, owoce. Ryby smażyć tylko na smalcu.                                                                                                            Na zakończenie wykładu dostałam przepis na zdrowe placuszki na śniadanie: serek śmietankowy, 8 jaj, dwie łyżki mąki. Wszystko wymieszać mikserem i piec na smalcu. No i  jeszcze karteczka z adresem do internetu :  www.jedzinaczej.pl     www.optymalni.org.pl  – Niech pani wnuczek wejdzie  w   www.google.pl   hasło : ks. prof. Wł. Sedlak            – optymalni   – książki.  -  powiedział pan doktor i wręczył mi karteczkę na której wszystko było zapisane.                        Chyba musiałam wyglądać jak ostatnia idiotka, bo lekarzowi nie przyszło na myśl, że mogę sama  w internecie buszować. A prawda jest taka, że oczy miałam na wierzchu i słuchałam z przerażeniem, że owoce, których najwięcej codziennie jadam są trucizną.                      Na zakończenie pan doktor wypisał receptę, do apteki zaraz posłał, zastrzyk do palca zrobił i na drugi dzień wyraźną ulgę poczułam. Świetnie. Przecież po taką pomoc poszłam. Jeszcze tylko dodam, że na drzwiach lekarza  jest napisane, że to pan doktor. No i co ja mam jeść? Czy owoce i warzywa jak każe lekarz rodzinny, czy smalec , bekon i 8 jaj dziennie jak nakazuje pan ortopeda. I bądź tu mądry.

Głupich nie sieją

Głupich nie sieją

 

Córka chodzi na targ w naszym mieście, kupuje tam marchewkę, która wizualnie wygląda na zdrowe warzywo, przepuszcza przez sokowirówkę i bardzo często cała nasza rodzina pije ten zdrowotny sok. Co drugi dzień co dwa dni kilka szklanek uciera, no bo to ponoć zdrowie w tym tkwi.

Kilka dni temu poszła na targ. Widzi, że kobiecina siedzi , a obok niej skrzynka marchewki takiej wyglądającej na to, że sztucznych nawozów nie widziała wiec  postanowiła kupić całą zawartość. Na niewiele nam to starcza zatem zakupy w takich ilościach dokonuje często.

-A co pani oszalała?- słyszy komentarz od właścicielki.

-Pani chce wszystko, a inni nie będą mieli nic? Mogę sprzedać kilogram.

Popatrzyła córka na babinkę, schowała wyciągnięte pieniądze, podeszła do gościa obok sprzedającego marchew i kupiła znaczną ilość tej witaminowej bomby.

Soczek był pyszny, wszystko już przerobione i czas po kolejną dostawę się udać.

Wielka przyjaźń małych ludzi

Wielka przyjaźń małych ludzi

Moja najmłodsza wnuczka już poszła do pierwszej klasy. O tym by sześciolatka stała się uczennicą zadecydowało kilka czynników. Po pierwsze jest dobrze rozwinięta , zna literki i bez problemu składa je w wyrazy, a matematyka to talent dziedziczny ( babcia musi się pochwalić), a po drugie koleżanki z przedszkola , a równocześnie mieszkanki tej samej ulicy też naukę rozpoczęły. Nierozłączki trafiły do jednej klasy, wszystkie w wieku sześciu  lat i jak mi wiadomo wszystkie bardzo zadowolone z nowego środowiska.                         Taka decyzja rodziców też ma słabe strony.  Córka i zięć pracują i nie zawsze są w stanie odebrać Olę ze szkoły zaraz po skończonych lekcjach. Wyjściem jest pozostawienie dziecka w świetlicy, ale jak się okazuje , rodzice odbierają swoje pociechy wcześniej i są dni, kiedy wnusia ze łzami w oczach oczekiwała na mamę.                                     Problem rozwiązały przyjaciółki. Poprosiły rodziców, by  mogły razem z Olą uczestniczyć w zajęciach świetlicowych, rodzice stosowne pisma do szkoły zanieśli i teraz dzieci razem się bawią i razem ze szkoły wychodzą. Przyjaźń to olbrzymi skarb.

Wspomnienia

Wspomnienia

 

Mam za sobą 36 lat pracy zawodowej i nie ma się co dziwić, że obrazy z kształcenia i wychowywania młodych pokoleń powracają przed oczy jak bumerang. Były tam sytuacje wesołe i smutne, poważne i radosne, a często nieprzewidywalne. O niektórych zdarzeniach chętnie bym opowiedziała, ale dotyczą one prywatności wówczas młodych ludzi, zatem na to pozwolić sobie nie mogę, pomimo, że byłby to ciekawy materiał do przekazania.

Na inne wspomnienia mogę sobie publicznie pozwolić.

Pewnego dnia idę deptakiem w moim mieście i idzie na wprost mnie mój uczeń z piątej kasy , maturalnej. Spojrzał na mnie i ani be, ani me. Tyle lat człowiek kultury uczy, a on nie wie, że wypada dzień dobry powiedzieć.                                     Za godzinę może dwie jestem w szkole, zaczynam lekcję w jego klasie i zastanawiam się, czy zwrócić mu uwagę. Chłopak uśmiechnięty,  bierze udział w dyskusji, zachowuje się tak jakby nie miał sobie nic do zarzucenia, a przecież pamiętam , że przed chwilą spojrzał mi w oczy i o przywitaniu nie pomyślał.                                                                                         Decyzja zapadła. Przecież to ostatni dzwonek, by dorosłego człowieka upomnieć i o dobrych obyczajach wiedzę pogłębić. – Jesteś już dorosłym człowiekiem i nie wiem czy jest sens zwracać ci uwagę, nie mniej jednak chcę podkreślić, że do dobrego tonu należy powiedzieć dzień dobry nauczycielowi, którego spotykasz na ulicy. Upominam cię nie dlatego, że bardzo mi zależy na twoim ukłonie, ale dlatego, że pewne lekcje kultury z tej szkoły uczniowie wynoszą.                     Chłopak spojrzał na mnie z nieudawanym zdziwieniem i zapytał kiedy to się stało, bo nic takiego sobie nie przypomina.                                                                                    -No jak to kiedy,  przed godziną mijałeś mnie na deptaku-odpowiedziałam.                                                                        Klasa ryknęła śmiechem. Przed godziną on był na innej lekcji w szkole razem z nami – chórem zawołali uczniowie.                                                         Nie dam się przekonać, przecież nikt mi nie wmówi, że sobie coś ubzdurałam, bo umysł mój pracował zupełnie normalnie.    -No tak, ale on ma brata bliźniaka i na pewno jego pani spotkała, a nasz kolega cały czas był w szkole i siedział z nami w klasie na lekcji.                                                                                  Jak dobrze, że sprawa się wyjaśniła, bo czułam się tak, jakby pięcioletnie wychowanie młodego człowieka na nic się nie przydało.

Ech Zycie!

Ech życie!

 

Bombardują mnie wspomnienia minionych lat. Te przyjemne chwile i te bardzo przykre, te moje, nasze i te naszych znajomych , bliskich. Wracam nie tylko ja do przeszłości, ale dostrzegam również powrót do wspomnień naszych rówieśników.

Niedawne spotkanie naszych przyjaciół przy kawie obfitowało w takie niecodzienne wspominki.

- Czy pamiętasz naszego kolegę z pracy Stasia? – zapytał małżonek.

Wiedziałam od razu jaki temat będzie omawiany, pomimo, że wszyscy byliśmy dokładnie w to wtajemniczeni i pomimo, że to nie pierwszy raz historia będzie maglowana.

Stasiu , pierwszy sekretarz partii, był znany z jego społecznej działalności. On musiał coś robić. Uczestniczył  we wszelkich możliwych zebraniach partyjnych, strażackich  i jeszcze innych wszelkiej maści, rozwieszał plakaty, wszelkie pochody, składanie kwiatów pod pomnikami, zebrania, to jego żywioł. Alkohol, to  następny temat do rozpisania, bo to towarzyszyło mu przy każdej możliwej okazji. W pracy , oprócz pijaństwa, to nie słyszałam o nim nic za, ani nic przeciw. Przeciętniak. Miał trzech synów i żonę i  stamtąd też żadne wieści nie docierały. Domyślałam się jedynie,  że jeżeli udziela się wszędzie gdzie się tylko da, byle działać, to za dużo czasu rodzinie nie poświęca. Wszelkie obowiązki spadały na żonę.

Pewnego razu dostał do pracy wiadomość, że mur się przewrócił i przygniótł jego syna. Nie było problemu z zorganizowaniem za niego zastępstwa  i tatuś natychmiast udał się na miejsce wypadku. Wrócił po czterech godzinach oznajmiając, że stała się tragedia. Syn nie żyje i pozostał do końca swojej zmiany, pomimo, że jego obecność nie była konieczna.

Wokół dużo się dzieje

Wokół dużo się dzieje

Zajęcia domowe nie za bardzo pozwalają mi na aktywną obecność na blogu. Nie mniej jednak ciągle mam nadzieje, że uzupełnię braki w pisaniu. Dużo zmienia się w moim życiu i zmiany zachodzą również u moich znajomych. Niestety, tak jak to w tym wieku bywa, żegnamy na zawsze wiele osób z otoczenia, do czego nigdy nie przyzwyczaję się. Nie zaakceptuję, chociaż w tej dziedzinie nie mam nic do powiedzenia.                                                                                                        Dzisiaj mam ochotę zająć się innym tematem i przedstawić świat mojej bardzo bliskiej przyjaciółki. Znamy się od podszewki. Znam jej rodzinę i stosunki panujące w niej. Nie potrafi pogodzić się ona z faktem ( zupełnie ją rozumiem), że jej ślubny godzinami siedzi w internecie, wyszukuje młode dziewczyny i uwodzi. Tak jest już od kilku lat. Ten starzec po siedemdziesiątce, niski, łysy z wyrazistym brzuszkiem, robi zdjęcia młodym przystojnym chłopakom i wysyła jej w świat, przedstawiając jako swoją podobiznę. Następnie z umiejętnością „Tulipana” nawiązuje rozmowy rozkochując naiwne dziewczęta w sobie. Kolejny krok to godzinne rozmowy z wyłowionymi w sieci i obustronne wyznania miłosne. Codzienne telefony, sms-y , wierszyki, piosenki i upojne przeżycia,  w które najwyraźniej angażuje się obleśny starzec. Chwali się przy tym zdjęciami toples swoich wybranek, wzdychaniami o północy lub nad ranem i nadzieją na spotkanie z księciem. Zrozpaczony swoim wiekiem, jakby miał nadzieję, że któraś kiedyś różnicę lat zaakceptuje, ciągnie znajomości jak długo się da. Co inteligentniejsze lub takie, które nie mają tajemnic przed rodziną, potrafią rozszyfrować, że coś jest nie tak. Jednej nawet udało się to w stu procentach. Drobne szczegóły doprowadziły do odkrycia tajemnicy. No bo przecież nie można kłamać w całości. W tajemnicy musi pozostać wiek, miejscowość i jeszcze kilka drobnych spraw. Resztę , by się nie zgubić, trzeba przedstawiać prawdziwie. Kiedy dziewczę odkryło tajemnicę po kilku miesiącach obustronnych miłosnych wyznań, wyzwało dziada, odgrażając się policją. Nawet dotarło do  jego zdjęcia w internecie i zobaczyło, kto naprawdę o jej względy walczy. Pozostały tylko romantyczne piosenki, do których ciągle z utęsknieniem powraca porzucony kochanek. Przy kolejnych łowach tych błędów już nie popełnia i z jeszcze większą mistrzowską precyzją gra na uczuciach kolejnych dziewcząt. Muszę przyznać, że do tego jest stworzony. A dlaczego poruszyłam u siebie ten temat? Ot po prostu, w celu ostrzeżenia przed niebezpieczeństwem jakie niesie każdy wynalazek stworzony przez człowieka. I jeszcze jedna uwaga. Małżonka twierdzi,  że czuje się jak  opluta, zdradzona i sponiewierana, ale niestety, tej kości psu nie da się odebrać. A ja przyznaję jej rację.

Ja nie mam na nic czasu

Ja nie mam na nic czasu

Zaniedbałam pisanie blogowe i nie wiem jak to się dzieje, że coraz mniej mam czasu dla siebie. Mój świat krąży wokół wnuków, no bo są dni, kiedy zawożę do szkoły , w inne przywożę, gotuję szybko obiad, by dzieciaki miały coś ciepłego, pomimo, że Marcin (ośmiolatek) jest takim niejadkiem, jakiego świat  jeszcze nie stworzył. Pilnuję również , by ten Maluch lekcje odrobił, by kiedy córka przyjdzie z pracy, miała część obowiązków za sobą.

Starszy, Bartek już jest w pierwszej klasie gimnazjum. W ubiegłym roku troszkę siedziałam nad wyszukiwaniem dla niego zadań , szykując go tym sposobem do zawodów matematycznych. Zdolności, doskonała nauczycielka i dodatkowo moja pomoc , przyniosły wspaniałe rezultaty. Trójka uczniów jego klasy zajęła pierwsze miejsce pracując w grupie i na dodatek, każdy rozwiązał bezbłędnie zadania indywidualnie. Na dwanaście klas szóstych, tylko oni wykonali wszystko w 100%. Dyplom za pierwsze miejsce indywidualnie i grupowo cieszył mnie jak dzieciaka, a rezultaty daje się dostrzec teraz w gimnazjum. Z matematyki ma już 10 szóstek. Kiedy ostatnio pisał sprawdzian i zgubił znak minus, pani matematyczka oznajmiła, że tym razem dostanie  +5.

-Proszę mi nie wpisywać tej oceny – poprosił Bartek – bo ona obniży mi średnią z matematyki.

Oby dalej tak było.

Dlaczego ludzie milczą?

Dlaczego ludzie milczą?

Wiem dlaczego. Odczułam to na własnej skórze.

Kto śledzi moje wpisy od lat, ten wie, że dużymi siłami wybudowaliśmy w górach maleńki domek. Rodzinne strony, przepiękne tereny i duża determinacja. Cudowna chałupka stanęła i cieszy nas, że możemy wypady tam czynić.

Po sąsiedztwie mieliśmy alkoholiczkę, ale bardzo uczciwą i życzliwą kobietę. Niestety wódka skróciła jej żywot. Pozostał nastoletni syn, który po jakimś czasie poznał partnerkę. Szybko zorientowałam się, że czeka go ciężki żywot. O patologii w jej rodzinie dochodziły do mnie wieści, a i sama dosyć często słyszę wykrzykiwaną łacinę z prędkością torpedy i nagłośnieniem na całą wioskę. Niezależnie kto znajdzie się w zasięgu, może go spotkać niemiła niespodzianka. Pierwszy wstrząs przeżyłam, jak storpedowany został starzec, profesor z politechniki, który przyszedł po zwrot   500zł. Wszystko co łacina brukowa zawiera wykrzyczane w kilka sekund i wyrzucony z domu. Taki rezultat pożyczki udzielonej z litości. Staruszek zatrzymał się przy moim płocie i z ubolewaniem stwierdził, że  bardzo współczuje nam takich sąsiadów. Nie odezwałam się nic, ale ze zrozumieniem pokiwałam głową.                                                                 Później systematycznie dało się słyszeć ataki na jej męża. Tak , na męża, bo jak w na świecie pojawiło się dziecko, to ksiądz namówił na zawarcie ślubu.

Bardzo kulturalny chłopak wysłuchuje takie urągania i bluźnierstwa z godnym podziwu spokojem. Chyba rozumiem, że przy alkoholiczce nie miał nikogo i marzył o rodzinie, z której obecnie nie umie zrezygnować, tym bardziej, że kocha swojego synka.         Słyszeliśmy już ataki na matkę, na wiele młodszą siostrę, która z płaczem opuszczała ich dom.

Kiedy przyszła kolej na półtora letniego syna, zareagowałam. Nauczycielskim, stanowczym, podniesionym głosem zagroziłam, że jeżeli jeszcze raz usłyszę takie odnoszenie się do dziecka, pozbawię ją praw rodzicielskich. Od tego czasu najwyraźniej na mój widok dostaje ciarki i przynajmniej do Malucha tak już nie odnosi się. Innym nie odpuszcza.

Od tamtego czasu minęły dwa lata.

Nasz domek ma dach spadzisty na dwie strony, gdzie jedna z nich w stronę nieciekawej sąsiadki. Całość jest ogrodzona (3000m2) i nikt inny dostępu nie ma. Na początku maja uskuteczniliśmy wypad w góry.

Nigdy specjalnie z tył domu nie oglądaliśmy dachu. Tym razem małżonek zrobił szczegółowy obchód i mało nie zemdlał. Dach strzaskany kamieniami. Nowa dachówka, w danym czasie najlepsza , zakupiona za dolary w Czechach porąbana w wielu miejscach i rąbana jest dalej systematycznie, bo są stare ubytki, ale też i świeże.

Oczywiście, że zgłosiłam na policję, ale odniosłam wrażenie, że z góry nie są chętni do tego śledztwa, bo jak za  ” rękę ” nie złapiesz , to jak udowodnić? Mogłabym za nich wziąć się z innej strony, ale skrzywdzę przy okazji dziecko i ojca. Tego nie chcę.

Nie tylko profesorowi, ale i mnie patologia pokazała gdzie raki zimują i wyjaśniła dlaczego ludzie milczą i nie wtrącają się do innych, nawet w przypadkach gdy dzieciom dzieje się krzywda.

Radiestezja

Radiestezja

Kiedy pierwszy raz usłyszałam w radiu o ciekach wodnych i ich wpływie na organizm ludzki, uśmiechnęłam się pod nosem. Nie wiedziałam czy to żart, czy ktoś kogoś chce ośmieszyć. Absolutnie tych „bredni” nie przyjmowałam do wiadomości i nie wierzyłam w takie rewelacje. Z biegiem czasu coraz częściej docierało do mnie, że wiele osób  traktuje sprawę bardzo poważnie. Różdżki, wahadełka pojawiały się coraz częściej w rękach znanych i nieznanych mi osób. Ja pozostawałam sceptyczna, tym bardziej jak pewnego dnia moja znajoma przyszła mnie odwiedzić podczas grypowych dolegliwości i najwyraźniej poruszając świadomie wahadełkiem , oznajmiała o mojej chorobie, o moim mieszkaniu , ciekach i ich braku. Nawet nie pamiętam jaki werdykt wydała, bo wierzyłam w to jak we wróżby  Cyganek.

Pewnego razu (był to ostatni przed wakacjami dzień nauki w szkole), po skończonych zajęciach weszłam do sali kolegi po dziennik. Wokół niego stała grupa chłopców i o czymś żywiołowo dyskutowali. Włączyłam się zaraz do rozmowy. Właśnie jeden z uczniów, bardzo inteligentny i przodujący w nauce, przekonywał o swoich zdolnościach radiestetycznych. Twierdził, że potrafi wykryć stany chorobowe i na dowód demonstrował dynamiczne krążenie wahadełka przy sercu nauczyciela. Problemy kardiologiczne naszego kolegi były wszystkim dobrze znane i potwierdzenie tego nie było rewelacją. Jak zwykle nie wierzyłam w te sensacje. Kiedy dowiedziałam się, że nie każdy ma takie zdolności, a ja niewielkie  posiadam, postanowiłam publicznie to sprawdzić. Ciężarek o odpowiednim kształcie trzymałam na nitce przy sercu kolegi. Robiłam wszystko by moja ręka nie zadrżała, bo bardzo zależało mi na tym, by obalić mit o mocach niezbadanych. W pewnym momencie, powolutku wahadełko zaczynało wykonywać nieśmiało ruchy, zakreślając coraz większe kółko. Nie miało to takiej dynamiki jak u mojego ucznia, ale poruszało się naprawdę i naprawdę nie miałam w tym żadnego udziału. Zauważyłam, że młody radiesteta patrzył na ciężarek  jakby chciał go wzrokiem rozkołysać.

– Jak to się stało, że wahadło kręci się? – zapytałam zdziwiona. Absolutnie tego nie oczekiwałam.

- Bo ja spowodowałem , by tak się stało  – odpowiedział chłopak.