Radiestezja

Radiestezja

Kiedy pierwszy raz usłyszałam w radiu o ciekach wodnych i ich wpływie na organizm ludzki, uśmiechnęłam się pod nosem. Nie wiedziałam czy to żart, czy ktoś kogoś chce ośmieszyć. Absolutnie tych „bredni” nie przyjmowałam do wiadomości i nie wierzyłam w takie rewelacje. Z biegiem czasu coraz częściej docierało do mnie, że wiele osób  traktuje sprawę bardzo poważnie. Różdżki, wahadełka pojawiały się coraz częściej w rękach znanych i nieznanych mi osób. Ja pozostawałam sceptyczna, tym bardziej jak pewnego dnia moja znajoma przyszła mnie odwiedzić podczas grypowych dolegliwości i najwyraźniej poruszając świadomie wahadełkiem , oznajmiała o mojej chorobie, o moim mieszkaniu , ciekach i ich braku. Nawet nie pamiętam jaki werdykt wydała, bo wierzyłam w to jak we wróżby  Cyganek.

Pewnego razu (był to ostatni przed wakacjami dzień nauki w szkole), po skończonych zajęciach weszłam do sali kolegi po dziennik. Wokół niego stała grupa chłopców i o czymś żywiołowo dyskutowali. Włączyłam się zaraz do rozmowy. Właśnie jeden z uczniów, bardzo inteligentny i przodujący w nauce, przekonywał o swoich zdolnościach radiestetycznych. Twierdził, że potrafi wykryć stany chorobowe i na dowód demonstrował dynamiczne krążenie wahadełka przy sercu nauczyciela. Problemy kardiologiczne naszego kolegi były wszystkim dobrze znane i potwierdzenie tego nie było rewelacją. Jak zwykle nie wierzyłam w te sensacje. Kiedy dowiedziałam się, że nie każdy ma takie zdolności, a ja niewielkie  posiadam, postanowiłam publicznie to sprawdzić. Ciężarek o odpowiednim kształcie trzymałam na nitce przy sercu kolegi. Robiłam wszystko by moja ręka nie zadrżała, bo bardzo zależało mi na tym, by obalić mit o mocach niezbadanych. W pewnym momencie, powolutku wahadełko zaczynało wykonywać nieśmiało ruchy, zakreślając coraz większe kółko. Nie miało to takiej dynamiki jak u mojego ucznia, ale poruszało się naprawdę i naprawdę nie miałam w tym żadnego udziału. Zauważyłam, że młody radiesteta patrzył na ciężarek  jakby chciał go wzrokiem rozkołysać.

– Jak to się stało, że wahadło kręci się? – zapytałam zdziwiona. Absolutnie tego nie oczekiwałam.

- Bo ja spowodowałem , by tak się stało  – odpowiedział chłopak.

Najlepiej być nieswiadomą

Najlepiej być nieświadomą

Moja mama ma 90 lat. Co przyjeżdżam do niej, to widzę, że jest coraz słabsza. Przede wszystkim narzekała zawsze na ból nóg, a poza tym używa codziennie garść leków. Jedno co jej do tej pory nie zawodziło, to umysł. Doskonale wszystko pamiętała, bardzo logicznie myślała i bezbłędnie wyciągała wnioski. Tu jej ząb czasu nie dotykał.

Dwa tygodnie temu, mama przewróciła się. Brat, który codziennie rano ją odwiedza natchniony chyba jakimś przeczuciem, za godzinę postanowił jeszcze raz wpaść do niej. Mama leżała na podłodze. Nie potrafiła już sama się podnieść. Umiała jednak wszystko zrelacjonować bezbłędnie. Pogotowie, szpital, prześwietlenia i diagnoza – silne potłuczenie. Od tego czasu już nie wstaje i nie wstanie. Wygląda okropnie. Traci również świadomość. Chwilami rozmawia normalnie, ale częściej zupełne nie wie co się z nią dzieje. Przywołuje bardzo wiele osób, których już dawno nie ma na tym świecie. Pyta, czy dach jest remontowany, czy truskawki już kwitną. Mówi, że będziemy mieli dużo pracy z obieraniem tych grzybów, które nazbieraliśmy i masa innych nonsensów.

Moja siostra, przerażona, uświadomiła sobie, że mogą to być ostatnie godziny mamy na tym świecie. Znając jej religijność, postanowiła wezwać księdza z ostatnim namaszczeniem. Nie wiem czy świadomość takiej misji duchownego, nie dobija człowieka zupełnie.Mnie by dobiła.

Ksiądz się pojawił. W pierwszej wersji myślała, że to jest jej zięć (mój małżonek), ale brat wyjaśnił, że ksiądz przyszedł ją odwiedzić. Nie wiem jak przebiegało spotkanie, ale wiem, że po odejściu, gdy brat ponownie wyjaśnił, że to był ksiądz stwierdziła, że gdyby wiedziała, inaczej by prowadziła rozmowę. Na zakończenie dodała: „Ale sąsiadki będą mi zazdrościły, że mnie ksiądz odwiedził”

Tajemnica snów

Tajemnica  snów

 

Szczerze mówiąc, to dla mnie wszystko jest tajemnicą. To że istnieję, że mówię, słyszę, czuję i miliony innych rzeczy. Najmądrzejsza  myśl filozoficzna to: wiem, że nic nie wiem. Nie znaczy jednak, że nie myślę i nie chciałabym wiele tajemnic poznać.

Tajemnica snów jest wielkim znakiem zapytania dla dużej rzeszy naukowców.

Dla mnie, niektóre moje sny budzą duże zdziwienie. Dosyć często jestem w nich wśród aktorów, polityków, piosenkarzy, artystów, a dwukrotnie sam Papież Jan Paweł II rozmawiał ze mną , niczym najbliższa mi osoba. Prasowałam mu biały sweter i zauważyłam, że tak bardzo biały on nie był. Czułam się winna, ale papież łagodnym głosem uspokoił mnie, stwierdzając, że to nic nie szkodzi. Właśnie w każdym z tych snów czuję się jakbym rozmawiała z kimś bardzo bliskim, przyjacielem, kolegą czy koleżanką. Nie czuję żadnego dystansu. Po obudzeniu się , po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że ja żadnej z tych osób nie znam osobiście,a przed chwilą byli mi najbliższymi, życzliwymi postaciami.  Zdarzają  się często sny, w których przewija się ciągle ta sama osoba, a nigdy nie śnią się te, o których często myślę, wspominam, bo od dawna nie ma ich z nami. Nie mniej jednak,  szczególne zastanowienie  wywołały  chyba ze cztery przypadki. Jeden z nich spróbuję dzisiaj opisać.

Urodziłam się i wychowałam w małym miasteczku w górach. Tam też chodziłam do szkoły podstawowej. Twarze niemal wszystkich dzieci ze szkoły były mi dobrze znane, szczególnie te z klas starszych. Po skończeniu szkoły podstawowej dojeżdżałam pociągiem do szkoły średniej i tu otoczenie znacznie się zmieniło. Duża część kontynuowała naukę w zawodówce i nie musiała nigdzie dojeżdżać, zatem praktycznie kontakt z takimi osobami urwał się zupełnie. Mój dom był od centrum znacznie oddalony i bardzo rzadko bywałam w mieście. Później studia i wyjazd z małżonkiem na odległość dwustu kilometrów. Do domu rodzinnego przyjeżdżałam, ale małe dzieci nie pozwalały na częste wypady, a już bardzo rzadko bywałam „na mieście”.                          Pewnego razu przyjechałam do rodziców z dzieciaczkami. W nocy śni mi się chłopak (bardzo brzydki) ze szkoły podstawowej, z którym nigdy nie wymieniłam ani jednego słowa. Po obudzeniu się, aż usiadłam na łóżku, bo uświadomiłam sobie, że nigdy nie przypomniałoby mi się, że kiedyś go znałam. Chyba ostatni raz go widziałam wiele lat wstecz na podwórku szkoły podstawowej i na tym koniec. Tymczasem śni mi się ktoś kogo nigdy później nie spotkałam, nie pamiętałam i nie przypomniałabym sobie o jego istnieniu.                                                                                                            Tego samego dnia z jakiegoś powodu wybrałam się do miasta. Idę chodnikiem i widzę, że na wprost mnie idzie chłopak ze snu. Niewiele się zmienił. Niemal zdębiałam zatrzymując się na moment. On przeszedł obok mnie nie patrząc w moją stronę, no bo znał mnie chyba mniej, niż przeciętnego mieszkańca. Przecież on tam mieszkał, a mnie tam dawno nie było.

Madry Polak przed szkodą

Wszystko trzeba przewidzieć

Zbliżała się ostatnia sobota i niedziela października. Meteorolodzy przewidywali piękną, słoneczną pogodę, zatem wyjazd w góry zatwierdzony został jednogłośnie. Sobota rano wyjeżdżamy. Będziemy tam do poniedziałku, a później to już jesień i zima , wspomnienia i oczekiwanie wiosny.

Lubimy jeździć samochodem, a w pogodne dni jest to szczególnie przyjemne.

Do celu dzieliło nas już tylko 30 km. Przed nami pusta droga, po drugiej stronie na jezdni zaparkowany samochód i z oddali zbliża się kolejny. Właśnie ten nadjeżdżający wtrynia się na trzeciego, nie mieści się  i uderza w lusterko naszego samochodu. Trzask tak głośny, że byłam przekonana o tym, że i samochód został uszkodzony. Małżonek natychmiast decyduje się na pogoń. Niestety nie jest to łatwe, bo musimy ustąpić pierwszeństwa dwóm pojazdom jadącym za nim i trzeciemu, który właśnie stał na poboczu i zdecydował się ruszyć. Winowajca, tymczasem, dodaje gazu  i zwiększa dystans. Małżonek jest dobrym kierowcą i z zachowaniem wszelkiej ostrożności dogania czerwony samochód , na koniec zajeżdża mu drogę.Za kierownicą siedzi kobieta w naszym wieku. Po zatrzymaniu pierwsza nas atakuje, że to my byliśmy sprawcami.

-Dlaczego pani nie zatrzymała się? -zdenerwowana pytam.

-Bo widziałam, że uciekaliście mi, a za wami dwa samochody, zatem nie miałam szans was dogonić – usłyszałam.

Czy za nami coś jechało, to nie pamiętam, ale o ucieczce nie było mowy, skoro zaraz zakręciliśmy i dogonili winowajczynię.

- To wy spowodowaliście stłuczkę i ja jestem pokrzywdzona- kontynuuje oskarżenie krzycząc na nas.

Gdyby ktoś z zewnątrz był świadkiem ostrej wymiany zdań, najprawdopodobniej stanąłby po stronie biednej kobiety. Uświadomiłam sobie, że w takim przypadku policja nie przyznałaby nam racji i jak tu domagać się zadośćuczynienia? Jednak tym razem Polak był przed szkodą mądry.

- To może my pani pokażemy jak to wyglądało, kto wcisnął się na trzeciego i kto uciekał z miejsca wypadku- chóralnie oznajmiliśmy.

Małżonek wymontował kamerkę, która skrupulatnie rejestrowała całą naszą trasę i zaczął poszukiwać odpowiedniego momentu nagrania. Ręce mu się trzęsły z nerwów, bo nie dość, że kobieta przewiniła, uciekła, to na koniec bezczelnie nam winę przypisała. Sceny uderzenia nie chciała oglądać, a my nie musieliśmy jej o niczym przekonywać. Wracaliśmy się teraz do najbliższego miasteczka gdzie owa pani najprawdopodobniej zamieszkiwała, odwiedzaliśmy kilka miejsc w celu wstawienia stłuczonego lusterka. Na koniec zastępcze nie zbyt wymiarowe tymczasowo zostało docięte. Kolejna czynność to  ustalenie ceny oryginału (sam wkład). Telefony po różnych miejscowościach i na koniec pani słyszy ile to kosztuje. Samo lusterko, które wciska się w plastikową ramkę 130zł.My dodatkowo mamy przerysowaną obudowę lusterka i lekkie ślady na bocznej szybie. O to już się nie upominamy. W międzyczasie owa pani nadaje bez składu o problemach finansowych, chorobach w rodzinie i innych kłopotach. Natomiast w chwili, gdy małżonek wspomniał coś o spotkaniu za tydzień, wykluczyła taką możliwość, bo za tydzień leci do Ameryki. Nie omieszkał Ślubny zwrócić uwagę, że to półgodzinne biadolenie nijak ma się do takiego luksusowego wylotu.

Po trzygodzinnej przerwie w podróży, zdenerwowani, że nasz krótki wypad jeszcze bardziej się skrócił, zrezygnowaliśmy z pozostałych roszczeń i udaliśmy się w dalszą podróż. Małżonek jeszcze usłyszał, że  owa pani życzy mu wszystkiego najgorszego na pozostałą część dnia, ja dodałam, że dla odmiany życzę jej spokojnego spędzania czasu i każdy pojechał w swoją stronę.

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę małżonek oznajmił mi, że całe szczęście, że nie zaglądała do nagrania, bo cała trasa jest zarejestrowana, a właśnie tego momentu uderzenia nie ma. Przeszukiwał trzykrotnie i klops.

- To niemożliwe – stwierdzam pewnie.

- Ręce mi się trzęsły, bo szczegółowo odtwarzałem końcówkę trasy i przed samym wypadkiem wszystko się urwało.

Dopiero gdy dojechaliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy się i zagospodarowali, Ślubny ponownie zaczął przeszukiwać nagranie. Okazało się, że ten inteligentny sprzęt każdy większy wstrząs automatycznie rejestruje w innym folderze. W folderze pod nazwą „Wydarzenia” i tam to właśnie było. Mogliśmy już wtedy spokojnie prześledzić wszystko jeszcze raz i pokazać naszym znajomym całe zajście.

Złośliwy piszczek

Wychodzimy z dużego marketu.Przy przejściu przez bramkę zapiszczało.Ja ze zdziwieniem patrzę na Ślubnego, a Ślubny na mnie.Natychmiast przy nas jest ochroniarz i wszystkie możliwe oczy klientów patrzą na nas.Cofamy się i przechodzimy pojedynczo.Małżonek czysty, a przy mnie piszczy.Zdenerwowana otwieram torebkę i pokazuję, że tam nic nie ma.Właściwie, to tam było wszystko co kobieta w torebce mieć musi i wcale poukładane toto nie było.Pal sześć, pokazuję.Ochroniarz widzi moje zdenerwowanie i zaskoczenie, decyduje, że mogę przechodzić.Ja , tymczasem, postanawiam udowodnić niewinność.Podaję torebkę małżonkowi i on z nią przechodzi przez bramkę. Nie piszczy.Teraz przechodzę ja.Piszczy.  Ochrona pozwala przejść, ludzie na mnie się patrzą, a ja ,mimo wszystko,postanawiam rozwiązać zagadkę.Na ochotnika godzę się rozbierać, tylko nie wiem czy nie do rosołu.Zdejmuję płaszcz, podaję Ślubnemu, Ślubny przechodzi.Nie piszczy. Przechodzę przez bramkę ja. Piszczy.Zdejmuję bezrękawnik( sweterek), podaję Ślubnemu, który przechodzi przez bramkę.Piszczy.Przechodzę ja .Nie piszczy.Zagadkę rozwiązuje jedna z pań obsługi.Obcina przy moim sweterku , zakupionym rok wcześniej w zupełnie innym sklepie,metkę.Sweterek przestał piszczeć.Publiczność spojrzała na mnie życzliwszym wzrokiem.

 

I już po urlopie

I już po urlopie

Pogodę mieliśmy na zamówienie. Córki z rodzinami pojechały jej szukać do Chorwacji i po przyjeździe miałam telefon z rozczarowaniem. Leje i ma lać do końca naszego pobytu – usłyszałam.

Nad jeziorem upał. W górach bardzo gorąco, ale tam są metody na schronienie się przed słonecznymi promieniami. Ponieważ jeździmy na „swoje”, to pracy nie brakuje. Koszenie trawy, przycinanie drzewek, plewienie wokół wszelakich kwiatów. Nad jeziorem wyhodowałam olbrzymie i dużo krzewów jagód amerykańskich. Torf i wilgotne podłoże bardzo im służą. Niestety, kiedy czernieć się zaczęły, musieliśmy wracać. Ptaki i sąsiedzi na pewno bardzo się cieszyli. W górach drzewka owocowe wydają już owoce, ale w tym  roku czereśnie, orzechy jabłonie przemarzły.Za to maliny tak obrodziły, że czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Trzy rzędy po dziesięć metrów każdy,  były nie do przejedzenia i do tego zrobiłam 11 litrów pysznego soku malinowego.

Oczywiście, nie tylko pracą żyliśmy i zgodnie z tradycją odwiedzaliśmy i nas odwiedzano. Jedno z tradycyjnych spotkań to Ewa z małżonkiem. Barbara  nie mogła przybyć, bo opieka nad sędziwą mamą i odległość nie pozwoliły na to. Barbara, Ewa i ja byłyśmy kiedyś mieszkankami jednego pokoju w akademiku we Wrocławiu. Teraz z przyjemnością wspominamy te czasy, uzupełniamy o teraźniejszość. Barbary ciałem nie było, ale telefon nastawiony na funkcję głośnomówiącą pozwolił nam na godzinne wspólne pogaduszki.

Dwa lata pod rząd zapraszaliśmy Ewę z małżonkiem do nas.

- Na przyszły rok zapraszamy do nas – zaproponował Wojtek.

Zaklepałam w mózgownicy, że jedziemy do nich ( niedaleko)

Tymczasem mój małżonek po przyjeździe w góry zadzwonił do Ewy, ponownie zapraszając do nas, o czym ja nie wiedziałam.

W rezultacie ja wiem, że gościmy u Ewy, a Ewa jest przekonana, że spotykamy się u nas. Przy tej wiedzy, dzień przed spotkaniem, rozmawiamy przez telefon:

- No to spotkamy się jutro po obiedzie – mówi Ewa.

-Żadnych obiadów – stanowczo odpowiadam, przekonana, że mamy u nich się zjawić.(wyobraźcie sobie jak odebrała to Ewa)

- Oczywiście bez obiadu  – kontynuuje Ewa ( jak ja to słyszę)

- Spotkajmy się o piętnastej – proponuje Ewa.

- O piętnastej to może za wcześnie, szesnasta wystarczy -  wyznaczam godzinę spotkania.( nie chcę być uciążliwa, tylko co w tym czasie myśli o mojej wypowiedzi Ewa)

-No to przyjedziemy o szesnastej- słyszę.

- To wy do nas przyjeżdżacie, a nie my do was?- prosto z mostu zdziwiona zapytałam, nie próbując oględnie wyjaśnić co się dzieje.

Wspólny śmiech w telefonie i tłumaczę się z niefortunnej rozmowy.

- Znam cię tyle lat i nie wierzyłam w nietakt z twojej strony- usłyszałam.

Spotkanie odbyło się u nas o godzinie szesnastej. Było udane jak zawsze. Na przyszły rok  zaplanowane spotkanie u Ewy.

kolejny urlop przed nami

Czas wyjechać na odpoczynek.U nas działa to według tego samego schematu.Góry i jezioro.Nie mniej jednak wrażenia z wyjazdów bywają różne.Co będzie, opiszę po przyjeździe.Na razie kilka zdań posumowania minionego okresu.Ponieważ mój świat kręci się głównie wokół moich wnucząt, nic więc dziwnego , że o nich najczęściej piszę.

Pod koniec ubiegłego roku podbijaliśmy stawkę, co dostanie Bartek za zajęcie godnego miejsca w zawodach matematycznych i jaka nagroda czeka za świadectwo z paskiem. Zawody zakończyły się zajęciem drugiego miejsca w mieście. Obiecaną  kasę wypłacaliśmy.Świadectwo z paskiem według nas nie wchodziło w grę, bo dobry z muzyki i dobry z wf ( nie umie się pokazać, nieśmiały, najchętniej stałby na boku), a przecież od pierwszej klasy szkoły podstawowej jeździ na nartach, rodzice przez dwa lata prowadzali na tekłondo  (jak to zapisać?) i jeszcze gdzieś na piłkę nożną.Niestety w szkole nie był dostrzegalny.

W takiej sytuacji mama i tata za czerwień na świadectwie proponowali x-boksa. Nie wiem jak to się pisze.Wiem ile kosztuje.Z grami 1400zł. Bartek czerwony pasek dostał.Były też szóstki, a najważniejsza z matematyki.Pierwsza reakcja rodziców, to dochodzenie, kto wyskoczył z tak drogą nagrodą.Nie było wyjścia.Obiecali, kupowali.My( dziadkowie) też obiecaną dole wypłaciliśmy.

W tym roku Bartek wytypowany ze szkoły na zawody matematyczne.Nikt nic się nie odzywał, niczego nie obiecał.Dyplom wicemistrza przytargał do domu.O nagrodę się upomniał.Dostaniesz jak będzie świadectwo z czerwonym paskiem – skomentowałam.Nie było wyjścia.Obiecałam, wypłaciłam. Wf już jest bardzo dobry, a i muzyka też wyżej oceniona.Nareszcie pokonał słabości i na lekcji grę na gitarze zaprezentował.Przez rok uczęszcza na lekcje i nawet to lubi i łapie. Ale  kasę  umie robić.

Do miłego spotkania po urlopie