Brawo!!!!! U nas nie ma już problemu kolejkowego.

 

Brawo!!!! U nas nie ma już problemu kolejkowego.

Tak, tak, nie ma już kolejek do lekarza. Pewnie, że nie do wszystkich lekarzy, ale do jednego na pewno. U endokrynologa problem rozwiązano, a w jaki sposób? Zaraz powiem (napiszę).

Kilka lat temu zostałam operacyjnie pozbawiona tarczycy. Wycięli w całości i już nie odrośnie. W następstwie tego muszę co jakiś czas odwiedzać odpowiednią panią doktor, by ta przyjrzała się odpowiednim wynikom badań krwi i podjęła decyzję o mocy leku, który do końca życia, w dawkach codziennych, jest mi przypisany.

Przyszedł  termin na kolejne badanie. Udałam się do laboratorium w wiadomym celu, a tam garsteczka ludzi. Podchodzą do okienka i wszyscy  uiszczają opłaty. Kolej na mnie i jestem poinformowana, że za takie badanie muszę zapłacić. Dlaczego?- pytam.

-No bo pani doktor nie podpisała  umowy z Funduszem Zdrowia  i w naszym 80-cio  tysięcznym mieście nie ma już endokrynologa, który przyjmuje za darmo.

Wszystko tylko prywatnie. Mam możliwość na starych zasadach udać się do lekarza w ościennych miejscowościach odległych ponad 30 km. Przekalkulowałam i uznałam, że spróbuję odwiedzić odległą przychodnię. Dzwoniłam, dzwoniłam i dzwoniłam. Nigdzie nie podnoszono słuchawki, aż na koniec dodzwoniłam  się  w jedno miejsce. Przedstawiłam problem i usłyszałam odpowiedź. Do listopada przyszłego roku nie ma już zapisów, a od listopada PRZYSZŁEGO ROKU pani doktor jeszcze nie zapisuje i nie wiadomo kiedy będzie zapisywała. Podziękowałam i odłożyłam słuchawkę.

Tylko dopiszę, że mnie sz… trafił jak w telewizji w kółeczko nadają jakie to mamy wspaniałe czasy. Mamy wolność. Chciałabym zapytać co jeszcze mamy?  Młodzi zapewnioną pracę, dostęp do służby zdrowia , tanie studia, możliwość rodzenia i wychowywania dzieci we własnym kraju, pracę najwyżej na 8 godzin i to do 67 roku życia.Jeszce troszkę mogłabym wymieniać, ale po co?

Spełniłam obywatelski obowiązek

 

                 Spełniłam obywatelski obowiązek

 

Kilka dni wolnego bardzo przydało się. Czekałam na nie jak na zmiłowanie. Pogoda była w kratkę, ale wypad w góry uważam za udany. Dni deszczowe w towarzystwie znajomych, a słoneczne  na łonie natury. Taki sposób spędzania wolnych chwil  jest teraz w Polsce coraz bardziej modny. Zapełniły się domy wczasowe i gospodarstwa agroturystyczne. Restauracje mogły liczyć na dodatkowy napływ pieniądza.

Wszystko ma dobre i złe strony. Na ulicach i  mniejszych drogach wzmożony ruch samochodowy, a nieodpowiedzialnych  ludzi nie brakuje.

Słoneczny dzień. Jesteśmy w przepięknym miejscu , skąd widoki wstrzymują oddech. Obok nas w samochodzie młody człowiek siedzi za kierownicą i popija piwo. Najwyraźniej nie jest to pierwsza puszka, bo gęga na całą okolicę. Odjechaliśmy. Po chwili, z refleksem szachisty, uświadomiłam sobie, że ten młodzieniec nie weźmie samochodu pod pachę i nie pójdzie sobie.

Po oddaleniu się od tego miejsca wybrałam w telefonie nr 997.Reakcja była natychmiastowa. Policjanci mieli dokładnie wskazane palcem, który pojazd należy obserwować. Może kierowca znalazł sobie innego kierowcę, może samochód zostawił i do domu poszedł pieszo, ale oceniając sytuację nic na to nie wskazywało.  A może komuś, albo jemu, uratowałam życie. Może, może, może, ale poczułam ulgę, że ewentualne zagrożenie zostało zablokowane.

 

Kolejna pomyłka

 

                                Kolejna pomyłka

W poprzednim moim blogu pisałam o zabawnych sytuacjach, związanych z bliźniaczym podobieństwem między mną i siostrą. Dzisiaj, według mnie, znacznie już od siebie się różnimy. A może nie, bo jak odwiedzam moje rodzinne, siedmiotysięczne miasteczko, wiele ludzi mówi mi dzień dobry, pomimo iż wiem na sto procent, że ich nie znam i nigdy nie widziałam.

Ostatnio postanowiliśmy na obiad iść do pewnej jadłodajni. Znacznie częściej żywimy się w innej, ale tym razem poszliśmy tam, gdzie dawno nas nie było. Pan prowadzący lokal nie jest mi obcy. Ileś lat wstecz nawiązaliśmy kontakt przez internet na temat starych widokówek naszego miasteczka, a później spotkaliśmy się wymieniając wiele ciekawych spostrzeżeń. Tym razem rozpoznał mnie i natychmiast temat zdjęć z minionych lat był przewodnim wątkiem naszej rozmowy.

Mój dziadek kiedyś pasjonował się utrwalaniem obrazów naszej okolicy i dzisiaj chętnie dzielę się nimi z kolekcjonerami starych zdjęć i widokówek.

-Jakiś czas temu pani siostra dostarczyła mi ciekawe zdjęcie przez internet- oświadczył właściciel lokalu, pokazując mi je w swoim laptopie.

 Siostra dostarczyła? A ostatnio moja mama tak bardzo o nie prosiła i zrobiłam jej kopię oprawiając ją  w ramkę. Przecież siostra mieszka bardzo blisko mamy i codziennie się widzą. Na pewno by jej dała odbitkę Musiały się nie dogadać -pomyślałam.

Rozmowa na różne tematy przedłużała się. Opowiadałam historię mieszkańców naszego miasteczka, bo żyłam tu długie lata i jestem znacznie starsza od mojego rozmówcy.

- A czy moja siostra bywa u pana na obiadach?- pytam

-Bywa, ale dawno jej tu nie było- słyszę odpowiedź.

Zdziwiłam się, bo jak ją znam, to w garach z przyjemnością siedzi, ale może jak była w centrum, to gdy głód ją nawiedził, obiad tutaj zjadła. Chociaż jedzenie w knajpach i to we własnym mieście? To nie w jej stylu. Chyba jej nie znam dobrze-pomyślałam.

Skończyliśmy konsumpcję, podziękowaliśmy i wyszliśmy.

Pan właściciel wybiegł za nami, za głowę się chwycił i jeszcze czymś nas zaskoczył.

-Pokręciło mi się zupełnie. Myślałem, że rozmawiam z panią Danką. To przecież pani przysłała mi kiedyś tę widokówkę .-wytłumaczył.

No tak i to ja od czasu do czasu jego knajpę odwiedzam.

Następnego dnia spytałam siostrę o znajomość z tym panem.

- Oczywiście, że go bardzo dobrze znam. To jeden z moich najlepszych uczniów. Jakiś czas temu spotkaliśmy się na szlaku w górach i kilka zdań zamieniliśmy.

Nie myślałam, że jeszcze można nas mylić.

Dzień Babci i Dziadka

 

           Dzień Babci i Dziadka

Byliśmy na przedstawieniu „Brzydkie Kaczątko” wystawianym przez przedszkolaków  .  Dzieciaczki pięknie to zagrały, a sama główna rola przypadła mojej wnusi.  Aby obejrzeć spektakl , pokonaliśmy 150km, ale warto było. Te serdeczne uściski i laurki na koniec , które przechowuję na wieczną pamiątkę, dają dużo wzruszeń. A, że ja mam więcej wnuków ,zatem na jeszcze jedno przedstawienie zostaliśmy zaproszeni. Atmosfera wspaniała, życzeń całe stado, piosenki i wierszyki, a na zakończenie karteczki z rysunkami, a do nich dołączone po dwadzieścia euro. Oczywiście były to tylko wydruki jednostronne, ale pani dyrektor podkreśliła, że jest to zapowiedź spełnienia marzeń o grubszym portfelu emerytów. Radości dziadkowie mieli co nie miara wierząc, że te życzenia powinny się spełnić jak najszybciej. Właśnie to ksero banknotu przypomniało mi pewne zdarzenie sprzed wielu lat.

Bardzo dawno temu mój Ślubny wrócił z pracy i wręczył mi banknot dwudziestozłotowy, twierdząc, że dostał go za jakąś pracę. Ja pieniądz wzięłam, wsadziłam go do portmonetki(kasę zawsze mieliśmy wspólną), tylko, że małżonek jakoś dziwnie na mnie patrzył.

- O co chodzi? –zapytałam

-Zobacz na ten pieniądz, który dostałaś-powiedział

Kiedy wzięłam toto do ręki, to okazało się, że jest to najgorszy gatunek  papieru, jednostronnie wydrukowany, a druga strona zupełnie pusta.

Cieszył się mój Ślubny  jak dziecko, że udało mu się mnie nabrać , ale na tym oszustwie nie poprzestał.

Zbiegł  zaraz po schodach na dół do swojej mamy i tam natychmiast postanowił tymi pieniędzmi uregulować jakiś rachunek. Znów udało mu się w stu procentach. Mama pieniądze przyjęła i jeszcze resztę wydała. Kiedy na koniec wyjawił całą tajemnicę, zrozumiał, że to nie musi być koniec jego zabawy. Kolejnego dnia tym papierkiem z notesu(bo właśnie takie notesy pojawiły się w sklepie)bez problemu nabrał kolegę i  znów uciecha u młodych ludzi była olbrzymia, ale tym razem, to ja już zareagowałam.

-Gdyby ktoś obcy od razu zauważył, że pieniądz jest podrobiony, to mógłby pomyśleć, że rzeczywiście chciałeś go nabrać, tylko tobie się nie udało. Należy zaprzestać takich zabaw -stwierdziłam.

Minęły może dwa tygodnie. Była to jesień i w lasach pojawiły się olbrzymie ilości grzybów.

Jak ja i Ślubny kochamy zbierać grzyby. Zatem, kiedy po pracy małżonek przyszedł do domu, to na hasło  jedziemy do lasu, w ekspresowym tempie byliśmy odpowiednio ubrani , koszyki i noże w ręku i już w samochodzie siedzimy. Znaliśmy dokładnie miejsce, które nigdy nas nie zawiodło, tylko było ono czterdzieści kilometrów od domu. Wiem, że bliżej też można było wiadra wypełniać podgrzybkami, ale my głównie tam, bo czasu na szukanie nie było. Ciąć i do koszyków wrzucać.

Ledwo ujechaliśmy kilka kilometrów zachciało mi się pić.

- Tyle, to wytrzymam-pomyślałam.

W lesie pragnienie coraz bardziej męczyło, do tego stopnia, że chciałam wracać wcześniej, ale małżonek ciągle odwlekał powrót. Kiedy jechaliśmy do domu, marudziłam już przez całą drogę, że dłużej nie wytrzymam.

- No to wejdź do sklepu i kup sobie coś do picia-stwierdził

Fakt, przejeżdżaliśmy przez dwie wioski, tylko ja ze sobą portmonetki nie wzięłam.Za co kupię?

- Ja wziąłem pieniądze- stwierdził małżonek i zatrzymał się pod sklepem odległym chyba tylko trzy kilometry od naszego miasta.

Złapałam portmonetkę, wbiegłam do sklepu tak szybko jak potrafiłam, chwyciłam butelkę z piciem, zapłaciłam i zanim ekspedientka wydała mi resztę, kończyłam  całą zawartość .

Nagle słyszę jak pani za ladą strasznie na kogoś krzyczy, a właściwie się drze. Natychmiast odwróciłam się do tyłu z przekonaniem, że jakiś złodziej  ściąga coś z półki. Tymczasem w sklepie nikogo nie było, a mój małżonek dopiero po schodkach wchodził,  w czasie gdy ja już pragnienie zdążyłam zaspokoić. Spojrzałam teraz na ekspedientkę i widzę, że ta wyżywa się nade mną.  Oczy otwarłam szerzej niż mogłam i słucham o co jej chodzi.

-Co mi pani tu dała?- słyszę i widzę jak kobieta rzuca na ladzie znanym mi papierkiem.

Zdrętwiałam i zrozumiałam, że zapłaciłam  gazetowym banknotem. Zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć. Jak jej mam wytłumaczyć, że nie miałam zamiaru jej oszukać?

W tym czasie do lady podszedł małżonek. Jedyne co przyszło mi na myśl, to zrobić mu awanturę za trzymanie w portmonetce tego falsyfikatu.  Zaczęłam wyjaśniać Ślubnemu co z tego powodu się zdarzyło , ale ten zupełnie spokojnie stwierdził, że on w portfelu może trzymać to co mu się podoba.

Kobieta patrzyła na nas jak na wariatów. Przeprosiłam, ale przekonywanie o swojej niewinności, według mnie, nie za bardzo miało sens. Przecież każdy oszust ma przygotowaną jakąś wersję na obronę i taka też mogła być w pogotowiu. Wychodząc ze sklepu czułam się jak oszustka. Pocieszał mnie fakt, że nie działo się to w naszej miejscowości i nie będę chyba narażona na spotkania twarzą w twarz z tą kobietą. Pozostałe kilometry w samochodzie były więcej niż głośne, a fałszywy pieniądz na zawsze zginął z mojego pola widzenia.

To już tyle lat

 

                                  To już tyle lat

14 stycznia 2007 roku umieściłam pierwszy wpis na moim nowo założonym blogu:dawnodawnotemu.bloog.pl

Teraz mija kolejna rocznica tego wydarzenia.

Przeniosłam się pod inny adres i uczyniłam to nie z własnej winy. Najpierw trudno mi było wpisy blogowiczów komentować, a później coś pozmieniano i ja osobiście nie umiałam nic  pod tym adresem napisać. Kto czytał moje wypociny, ten wie, że umieszczałam tam różne zdarzenia z mojego życiorysu, które  utkwiły mi w pamięci. Każdego roku w styczniu czyniłam podsumowanie poprzedniego roku. Wypadałoby to zrobić również teraz, ale nie wiem o czym  pisać. Każdy rok przynosi jakieś zmiany, a w  przypadku gdy jest się coraz starszym, to te zmiany nie są zbyt ciekawe. Nie ma już szczytnych celów do których się dąży. Można się cieszyć ze szczęśliwie przeżytego dnia, a to nie wszystkim się udaje. Odchodzą na zawsze nasi znajomi, bliscy i niestety trudno się z tym pogodzić.

Wiem ,że wpis nie zawiera entuzjazmu, ale jestem pod wrażeniem odwiedzin znajomej w szpitalu.

Przyjaźnimy się od wielu lat. Z częstotliwością dwa razy w tygodniu ze słuchawką w ręku spędzałyśmy długie chwile. To wspaniała rzecz, że można obecnie w ten sposób towarzysko czas wypełnić. Dzieci,  zakupy, gotowanie,  ciuchy i masa innych  ciekawostek na bieżąco była omawiana.

Jednego dnia wieczorem telefon od córki znajomej.

-Mama z tętniakiem i wylewem została przewieziona  ekspresowo do Poznania -przerażona poinformowała.

Na szczęście reakcja była  błyskawiczna i pacjentka po zabiegu i rehabilitacji znalazła się na koniec w naszym szpitalu, bo jakaś infekcja się przytrafiła.

Nareszcie mogłam chorą odwiedzić i o mało sama się nie rozchorowałam. Moja psychika nie pozwala pokonywać takich trudności, a jak to ma zrobić człowiek chory?

Na jednym łóżku chora, nieprzytomna, podłączona do różnych rurek wyglądała jak trup. Na drugim  nie lepiej wyglądająca wrzeszczała bez przerwy coś do ściany, że jej ukradli bieliznę i pampersy i jeszcze coś nadawała, czego nijak nie umiałam zrozumieć i słuchać nie chciałam. Wyszłyśmy czym prędzej na korytarz. Jakieś dwie kolejne zostały pozbawione kapci, żeby nie latały po szpitalu więc polowały na obuwie mojej znajomej. Jak tylko kładła się do łóżka, to ich wzrok był na kapciach. Następna pacjentka to bardzo młoda dziewczyna, która znalazła się tutaj przez atak kamieni na woreczku żółciowym.

-Jak wy tu możecie wytrzymać ?-zapytałam.

-Ula, to jeszcze nic- usłyszałam odpowiedź.

Przed chwilą wywieźli stąd dziewięćdziesięcioletnią kobietę, która przy nas zmarła. Najpierw rwała z siebie wszelkie rurki krwawiąc ręce i wszystko wokół. Później odeszła z tego świata i  ponoć zgodnie z prawem, nie wolno jej było przez cztery godziny z łóżka ruszać. Tym sposobem przebywałyśmy wszystkie w takim towarzystwie nieboszczyka.

Oczy mojej znajomej były najwyraźniej przestraszone. Nie każdy potrafi zaakceptować taką kolej rzeczy. Ja na pewno nie. Po wyjściu ze szpitala nie wiedziałam gdzie uciekać. Najbliższy duży sklep, w którym  nie widziałam towaru, tylko przygnębiającą atmosferę  sali szpitalnej.

Zyczenia świąteczne

 

                                 Życzenia świąteczne

 

Niech magiczna noc Wigilijnego Wieczoru przyniesie Wam

spokój i radość. Niech każda chwila Świąt Bożego Narodzenia żyje własnym pięknem, a Nowy Rok obdaruje Was zdrowiem, pomyślnością i szczęściem.

Życzenia świąteczne

 

            Życzenia świąteczne

 

Niech magiczna noc Wigilijnego Wieczoru przyniesie Wam spokój i radość. Niech każda chwila Świąt Bożego Narodzenia żyje własnym pięknem, a Nowy Rok obdaruje Was zdrowiem, pomyślnością i szczęściem.

Jak powinni zareagować?

 

                            Jak powinni zareagować?

Nie raz staje mi przed oczami scena z opowiadania pewnych ludzi. Było to ładnych kilka lat wstecz, kiedy Polska jeszcze długo nie była w Unii Europejskiej i prace Polaków za granicą były nielegalne. Młoda dziewczyna najpierw tutaj zajęcia nie mogła znaleźć, a jak już znalazła, to wyzysk przez pracodawcę dawał jej się we znaki. Nie dość, że na czarno tylko się godził, to za psie pieniądze harówka.

Pewnego dnia  wraz ze swoim chłopakiem podjęła decyzję. Nie ma innej  rady, wyjeżdżamy za granicę. Znajomi troszkę pomogli, doradzili ( szczegółów nie znam). Wiem jedynie, że udało się coś na czarno chwycić i gdzieś w jakimś domu zamieszkać, gdzie było kilka pokoi i tacy przybysze z różnych stron świata kąt za odpowiednią opłatą dostawali. Właściciele w tym domu nie mieszkali, tylko wynajmowali pokoje dla przyjeżdżających ze wschodu.

Praca nie była lekka, ale za to wynagrodzenie nieporównywalne do tego we własnym kraju. Jedynie mieszkanie było nędzne, toteż lokatorzy zmieniali się na okrągło i  ci ludzie momentami tylko sami w domu mieszkali.

Pewnego razu do pokoju oddzielonego bardzo cieniutką ścianką weszła grupa awanturujących się  mężczyzn. Najwyraźniej darli się na jednego z nich w języku rosyjskim. Dało się słyszeć uderzenia i po jakimś czasie  przykuli go do kaloryfera , a następnie tak długo tłukli, aż chyba go  zabili. Bity najpierw jęczał, a później zamilkł, a bandziory jeszcze znęcali się nad nim. Znajomi, o których opowiadam, siedzieli jak mysz pod miotłą w obawie, że oprawcy jak tylko się dowiedzą czego byli świadkami , nie zawahają się , by i  z nimi się rozprawić. W olbrzymim lęku, z biciem serca dotrwali do rana i skoro świt cichaczem uciekli nie wracając tam już nigdy, szczęśliwi, że uszli z życiem. Długo nie mogli dojść do siebie i po kilku miesiącach jak relacjonowali to zdarzenie , lęk mieli w oczach.

Mnie do dzisiaj staje przed oczami tragedia, której byli świadkami. Często zadaje sobie pytanie co powinni zrobić, co ja bym zrobiła? Telefonów komórkowych jeszcze nie było, a jeżeli takowe by posiadali to jaki użytek z nich zrobić? Zadzwonić na policję? Przecież byli tam nielegalnie. Skutkiem byłoby wydalenie ich na zawsze z kraju gdzie znaleźli pracę i nadzieję na lepsze życie.

Tylko jak tu dalej żyć  w świadomości, że można było komuś uratować życie, niestety druzgocąc swoje.

Dzisiaj, kiedy jesteśmy w UE młodzi pracują już legalnie, mieszkają w bardzo dobrych warunkach, mają potrącane na emeryturę. Chcieliby powrócić do Polski, ale jaka tu perspektywa egzystencji?